Lightning Returns: Final Fantasy XIII Original Soundtrack – recenzja

Lightning Returns Original SoundtrackJak ja kochałam muzykę z Final Fantasy XIII-2. Czegoś tak eklektycznego, spójnego i szalonego nie było na rynku muzyki z gier bardzo dawno. Odkąd dowiedziałam się, że ci sami ludzie zajmą się soundtrackiem do ostatniej (?) gry o Lightning, czekałam na ten album z wywieszonym ozorem. Czy warto było? Posłuchajmy.

Jak zwykle muszę się zastrzec, że nie jestem krytykiem muzycznym. Posiadam tylko niezdrowe zainteresowanie muzyką z gier i proszę Was żebyście nie brali mojej opinii zbyt poważnie. Jeśli chcecie wiedzieć czego słucham, zapraszam na mój profil na Last.fm! Tymczasem do rzeczy.

Lightning Returns Final Fantasy XIII OST

Soundtrack z Lightning Returns: Final Fantasy XIII był zapowiadany jako najdłuższy z dotychczasowych albumów z serii FFXIII i faktycznie tak jest. Przebija Final Fantasy XIII-2 o pięć minut ze swoją długością pięciu godzin, sześciu minut i dwudziestu siedmiu sekund. Kompozycjami zajęli się obecni przy poprzednich albumach Masashi Hamauzu, Naoshi Mizuta, Mitsuto Suzuki i niejaki Nobuo Uematsu.

Pierwszy dysk rozpoczyna się dużym kopem. Na pierwszy ogień idą szybkie, orkiestralne ścieżki takie jak “Lightning Returns” i “13 Days Left”. Szczególnie spodobało mi się “Equilibrium” skomponowane przez Naoshiego Mizutę, który bezbłędnie żeni tu elektronikę z orkiestralną podniosłością.

W okolicach piątej ścieżki dysk traci parę i przechodzimy do powolnych nagrań, które nie wnoszą zbyt wiele. Szczególnie drażnią mnie utwory w stylu “The Evil Savior” czy “The Sleeping City”, które mają za zadanie budować nastrój. Niestety, poza grą nie udaje im się to wcale i szybko się nimi znużyłam.

Dysk nudzi aż do pojawienia się “Crimson Blitz”, czyli aranżacji “Blinded By Light” z Final Fantasy XIII. Szczerze mówiąc ta aranżacja w ogóle mnie nie porywa. Być może wynika to ze zmęczenia “Blinded By Light”, którego mam dość na najbliższych dziesięć lat. Warto wspomnieć o “Release Fanfare”, czyli fanfarach towarzyszących wygranej walce. Jak dotąd jest to najbardziej dynamiczne zakończenie walk z Final Fantasy XIII, ale rozumiem, że może się nie spodobać jego niepoważny charakter.

Po parominutowym przerywniku w postaci muzyki z walk, dysk pierwszy wraca do nudnych melodii. Wyróżnia się spośród nich “The Warren”, który przez swój bas i industrialny charakter przypomina mi muzykę z pierwszego Shadow Hearts. Dysk zamykają aranżacje motywów Noela i Yeul z Final Fantasy XIII-2, moim zdaniem znacznie gorsze od oryginałów.

Lightning Returns Final Fantasy XIII OST

Na drugim dysku muzyki z Lightning Returns znajduje się dużo pozornie skomplikowanych ścieżek, które są koszmarnie nudne, kiedy człowiek rozłoży je na części pierwsze. Przykładem niech będzie “Fang’s Theme – The Boss”, który to motyw składa się na ciężki, wolny rytm i towarzyszący chór. Niestety, pomimo spowolnień i innych komplikacji, ścieżka jest w gruncie rzeczy nudnym i przewidywalnym zapychaczem płyty. Nie spodziewałam się, że Naoshi Mizuta jest zdolny do takich rzeczy.

“The Last Surviving Wilderness”, “The Wildlands”, “Sunset Path” i “Prowlers of the Night” są najbardziej “zachodnimi” kompozycjami, jakie pojawiają się na tym albumie. Oznacza to, że są tradycyjnie orkiestralne i na całe szczęście, całkiem ładne.

Na drugim dysku pojawia się “Savior of Souls”, czy “The Savior”, czyli mój ulubiony motyw bitewny z całego albumu. Naoshi Mizuta znowu sprawnie łączy instrumenty smyczkowe z drażniącą ucho elektroniką, tworząc ciekawą, dynamiczną całość.

Chocobosy dostały w Lightning Returns aż trzy motywy muzyczne. “Bluesy Chocobo” to mój zdecydowany faworyt ze względu na właśnie bluesowy charakter. Ścieżka brzmi jak improwizacja jazzowa, jest lekka, przyjemna i można się przy niej całkiem skutecznie odchamić. Dysk zamykają dość nieciekawe “A Carefree Existence” oraz “Sazh and Dajh”. Ta druga szczególnie brzmi jakby wyjęto ją z filmiku z gry, bez kontekstu brzmi bardzo niespójnie.

Trzeci dysk zaczyna się muzyką z Yusnaan. “Awaiting the Celebration”, “The Glittering City of Yusnaan”, “City of Revelry” i “Ouroboros Festival” to moje ulubione ścieżki towarzyszące eksploracji na całym albumie. Mają ciekawy wspólny motyw i dynamiczny rytm, który rośnie wraz z porą dnia. Szczególnie przypadł mi do gustu “Ourboros Festival”, który łączy imponującą grę na bębnach ze starym, dobrym transem.

Dysk trzeci obfituje w najciekawsze kompozycje z całego albumu. “High Voltage” to wynik wspólnej pracy Naoshiego Mizuty oraz Masashiego Hamauzu i jest mocno kakafoniczną ścieżką bitewną, która kojarzy mi się z co lepszymi pracami Motoiego Sakuraby. Intrygujący jest także motyw Luminy, stworzony przez tych samych kompozytorów. Ścieżka ta jest minimalistyczna, ale spokojnie mogłaby pojawiać się w jakimś horrorze ze względu na swój niepokojący charakter. Solowe twory Naoshiego Mizuty, jak na przykład “Sneaking In” czy “Yusnaan Palace” też stoją na wysokim poziomie.

Lightning Returns Final Fantasy XIII OST

Dysk czwarty stanowi kolekcję najbardziej górnolotnych nagrań z całego albumu. Duża część z nich cierpi na syndrom muzyki z pierwszego dysku, to jest budowania klimatu, co poza grą się jej po prostu nie udaje. Pojawiają się tu także całkiem udane ścieżki jak “A Sacred Oratorio”, gdzie Masashi Hamauzu zebrał do kupy instrumenty smyczkowe i chór w delikatnej, ale i niepokojącej kompozycji.

Ścieżka towarzysząca walce z ostatnim bossem (której tytuł zdradza tożsamość tej postaci – klikajcie na własną odpowiedzialność) dzieli ludzi na dwie grupy. Część uważa, że to obłędna i świetna ścieżka, druga natomiast twierdzi, że to straszna kakofonia. Bliżej mi do tej drugiej grupy. Mitsuto Suzuki niestety przeholował z instrumentami i na siłę powtykał motywy towarzyszące walkom z poprzednich gier. Nagranie ma ponad trzynaście minut, a nie jest w stanie przebić pod względem spójności i zwykłej fajności trzy razy krótszego motywu towarzyszącemu walce z ostatnim bossem w Final Fantasy XIII-2.

Muzyka z Lightning Returns: Final Fantasy XIII ma swoje momenty, ale nie dosięga soundtrackowi z poprzedniej gry do pięt. Final Fantasy XIII-2 miało kompletnie szaloną muzykę, która była przy tym spójna. Tymczasem ścieżka z LR:FFXIII jest tak nierówna i niekonsekwentna, że odnosi się wrażenie jakby kompozytorzy mieli już dość tej zabawy.

Reklamy

Komentarze

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s