Catherine – recenzja

Catherine Atlus recenzjaCatherine to jedna z pierwszych gier, które opisywałam na tym blogu i wyjątkowo się cieszę, że w końcu udało mi się w nią zagrać. Powinnam konsekwentnie dodać do tytułu wpisu ‘powspominajmy’, bo gra w końcu pierwszej młodości nie jest, ale ładniej będzie bez slasha.

Catherine to wielki eksperyment ze strony Atlusa i to widać. Na każdym kroku coś tu powiewa świeżością i wcześniej niespotykanymi elementami. A to specyficzna stylistyka, nieduże spektrum opowiadanej historii czy w końcu zupełnie przeciętni bohaterowie. No i w końcu rzadko zdarzają się 30-godzinne gry w przestawianie klocków.

Fabuła gry jest następująca: Vincent Brooks ma problemy z zaangażowaniem. Jego wieloletnia partnerka, Katherine, zaczyna wymagać od niego konkretów dotyczących ich dalszego życia, ale Vinny nie chce się zobowiązywać. Zaczyna się kręcić wokół wyjątkowo ponętnej Catherine, która zdaje się być spełnieniem jego marzeń. Żeby jednak nie było zbyt kolorowo, główny bohater zaczyna mieć realistyczne i męczące koszmary senne, które w bliżej nieokreślony sposób łączą się z jego życiem na jawie.

Postać z głosem Liama O’Briena, bo tak.

Niczym Persona dla doroślejszych dorosłych, Catherine dzieli się na tryb dnia i nocy, a dokładniej wieczoru i nocy. W trakcie tej pierwszej fazy kręcimy się po zaprzyjaźnionym barze, poznając inne postaci i ich problemy. Wtedy możemy grać w mini-Catherine zwaną Roszpunką i zdobywać ciekawostki na temat rozmaitych trunków, które wrzucimy w głównego bohatera. W tych momentach gra przypadła mi do gustu najbardziej. Od głównego wątku fabularnego znacznie bardziej zależało mi na postaciach dalszoplanowych (na których losy możemy wpływać!), a zamiast przestawiania klocków wolałam posłuchać sobie pierdółek na temat sake. W fazie nocnej rozwiązujemy koszmary senne Vinny’ego w formie puzzli.

Rozgrywka w Catherine polega przede wszystkim na przeprowadzanie głównego bohatera z dołu na górę wieży złożonej z setek wielkich bloków, które mają specyficzne właściwości. Nie wszystkie z nich da się poruszać, część to śmiertelne pułapki, a jeszcze inne można wykorzystać tylko określoną ilość razy. Należy się spieszyć, ponieważ wieża z klocków stopniowo się rozpada. Z daleka ten rodzaj rozgrywki może nie prezentować się zbyt intrygująco, ale sprawdza się w grze. Puzzle są wymagające i atrakcyjne wizualne, czego nie można powiedzieć o większości gier tego typu. Są szybkie, towarzyszy im niespotykana muzyka i efekty dźwiękowe, ale przede wszystkim są po prostu ładne.

Filozoficzne pytania i owce!

Sprowadzenie Catherine do puzzli jest jednak nieporozumieniem. Tutaj znacznie większą rolę odgrywają fabuła oraz implikacje etyczne. Dlatego też po każdej rozwiązanej łamigłówce z klockami, Vinny’emu, jak i nam, zostają zadawane pytania dotyczące związków i trochę ogólniej, życia. Jednym z moich ulubionych elementów gry jest oglądanie statystyk odpowiedzi na dane pytania. Brane pod uwagę są tylko odpowiedzi z pierwszego przejścia gry, więc być może coś mówią o ludziach, którzy jak dotąd grali w Catherine. To, w jaki sposób odpowiadamy wpływa na zakończenie przygody, ale niestety nie na zachowanie Vinny’ego w jej trakcie, co prowadzi do frustrujących momentów, w których biedak nie jest w stanie wydusić z siebie słowa.

Wizualnie gra jest wyjątkowa. Postaci są wyciągnięte prosto z artbooka Shigenoriego Soejimy i kiedy nie zwraca się uwagi na niezgrabne łączenie mówionych kwestii z ruchem ich ust, robią wrażenie. Mi najbardziej przypadła do gustu ogólna reżyseria i stylistyka, w której elementy horroru przeplatają się z różem, a szkielety i narzędzia tortur z puszystymi owcami. Ten opis ma większy sens w kontekście gry.

Test na lubienie Catherine: jeśli podoba Wam się ekran tytułowy gry, to istnieje duża szansa, że polubicie całość.

Warstwa dźwiękowa gry też stoi na wysokim poziomie. Oprócz “standardowych” kompozycji Shojiego Meguro dostajemy jego aranżacje muzyki klasycznej, z Chopinem włącznie. Dubbing jest sprawny, chociaż wspomniany dysonans wynikający z niedopasowanego dźwięku do kłapania dziobami postaci negatywnie wpływa na odbiór. Kwestią sporną pozostaje to, czy bijące dzwony i ciągłe wołanie “edge!” są wkurzające.

Koniec końców Catherine to strasznie fajna rzecz ze względu na swoją wyjątkowość. Nie było jak dotąd gier o tak dziwnej skali, fabule i reżyserii artystycznej. Jeśli o mnie chodzi to eksperyment można uznać za udany, chociaż moja wewnętrzna feministka chciałaby zobaczyć coś jeszcze z punktu widzenia kobiet. Wiem, że to potraficie, Atlusowcy. Grałam w wasze gry.

Reklamy

2 uwagi do wpisu “Catherine – recenzja

  1. Ten gameplay mnie ostro odstrasza. Wiem, że fabularnie i wizualnie gra jest świetna, a teraz jeszcze dzięki Tobie, że dźwiękowo, ale puzzle NA CZAS. Nienienie.

    1. Też mnie te czasowe puzzle odstraszały, więc poczekałam aż gra będzie dostępna na PS+. Nie jest tak źle, chociaż wkurzająca jest ograniczona ilość prób, którą się posiada na początku gry. Jeśli ma się tak zły timing jak ja i wpada się we wszystkie możliwe pułapki, to te próby są bezcenne. ^^;

Komentarze

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s