Star Ocean: The Last Hope International – wstępna recenzja

Star Ocean The Last HopeO dzisiejszej grze słyszałam same najgorsze rzeczy. Wymienia się koszmarną fabułę, nierówną grafikę i najgorszy możliwy dubbing. Wszystko to sprawiło, że moja opinia o Star Ocean: The Last Hope nawet przed obejrzeniem pierwszego filmiku z gry była niezbyt wysoka. Mimo to, kiedy dostałam ten tytuł w prezencie (za co nie mogę przestać dziękować!), postanowiłam dać jej szansę. Czy faktycznie jest aż tak źle?

Star Ocean to seria powołana do życia przez tri-Ace w 1996 roku. Jako że nie grałam w żadną z poprzednich gier (chociaż się do tego przymierzałam, przysięgam!) nie będę się o nich wypowiadać, wspomnę tylko, że wyróżniał je dynamiczny system walki i miejsce akcji, czyli szeroko rozumiany kosmos. Czwarta część serii, czyli Star Ocean: The Last Hope, trzyma się tej tradycji. Jako młody i entuzjastyczny Edge Maverick wyruszamy na misję poszukiwania miejsc zdatnych do kolonizacji, jako że Ziemia nie nadaje się do użytku.

Nie będę kłamać, scenki fabularne staram się ignorować. Nie zdarzyło mi się co prawda jeszcze ominąć żadnej z nich, ale patrzę na nie tylko jednym okiem. Problem nie leży nawet w dubbingu, ale w złej reżyserii i dziwnych modelach postaci. Wyglądają jak ożywione, porcelanowe lalki. Przy gorszym oświetleniu można się ich autentycznie przestraszyć. To nie jest jedyny problem z wizualną warstwą gry. Silnik graficzny najwyraźniej sobie nie radzi z rozległymi terenami, bo można się dopatrzeć nieeleganckiego dogrywania elementów, lub widocznego spadku klatek na sekundę. Faktem jest jednak, że tri-Ace dokonał czegoś, czego Square ciągle się boi, mianowicie stworzył wiele ogromnych miejscówek, a także autentyczne miasta i miasteczka. Są w nich najprawdziwsze sklepy, domki i NPCe. Nie sądziłam, że dożyję czasów kiedy takie rzeczy będą warte odnotowywania, ale proszę uprzejmie.

Zupełnie martwe oczy. Gdyby patrzyła w naszą stronę, uciekłabym z krzykiem.

Przejdźmy zatem do prawdziwego mięska tej gry, czyli systemu walki. Naparzanie się z przeciwnikami ma miejsce w czasie rzeczywistym, można swobodnie poruszać się po polu bitwy i nawalać normalnymi atakami, lub łączyć w łańcuchy co specjalniejsze umiejętności. Każda z postaci ma swój styl: możemy walczyć mieczem, strzelać z łuku, lub koncentrować się na wspieraniu drużyny magią. I to wszystko w trakcie walki, bo członków drużyny i postać sterowaną przez gracza można zmienić w dowolnym momencie. System walki w Star Ocean: The Last Hope nie wymaga zbyt dużego nakładu myślenia, jest za to ciekawy i efektowny. Dodajmy do tego rozwój postaci, na który składa się nauka nowych i rozwijanie uprzednio zdobytych umiejętności, a także system tworzenia przedmiotów i mamy uzależniający gameplay. Do tego dochodzą liczne dodatkowe questy, możliwość rozwoju znajomości z towarzyszami przygody i masa trofeów wojennych do zdobycia. W przeciwieństwie do Final Fantasy XIII-2, w Star Ocean: The Last Hope jest dużo rzeczy do roboty. Jedynym minusem tych wszystkich atrakcji jest to, że dużą część z nich da się wykonać tylko w przewidzianym przez autorów czasie i bardzo łatwo jest je przegapić. Xenoblade rozpieściło mnie pod względem prowadzenia pobocznych zadań, więc był to nieprzyjemny powrót do czasów, kiedy takie sytuacje były na porządku dziennym.

Wrócę na chwilę do nieszczęsnego dubbingu. Oprócz faktu, że same scenki są niezręcznie napisane, a postaci zachowują się groteskowo, wydaje mi się, że zarówno japońska, jak i angielska wersja gry są równie… złe. Jeśli mi nie wierzycie, to posłuchajcie Welch w obu wersjach językowych. Brr. Nie jest to poziom Chaos Wars, bo tu mamy do czynienia z profesjonalistami, ale coś faktycznie poszło w bardzo złym kierunku. Na całe szczęście głosy da się wyłączyć na czas walk, więc jest to sprawa naprawdę drugorzędna.

Bardzo cieszy mnie fakt, że Motoi Sakuraba był w dobrej formie podczas tworzenia soundtracku do tej gry. Oczywiście nie jest to świeżość, którą posiadał tych kilkanaście lat temu (notabene przy Star Ocean: The Second Story), ale soundtracku do Star Ocean: The Last Hope słucha się naprawdę dobrze. Najwyraźniej współpraca z tri-Ace dobrze wpływa na Sakurabę.

Jak zmieniłam wygląd menu na tradycyjny, tak nie powróciłam do nowoczesnego.  I nie zamierzam.

Opisuję wrażenia z wersji International, która od edycji na Xboxa 360 różni się możliwością zmiany wersji językowej, interfejsu z “nowoczesnego” (z portretami postaci jako porcelanowymi lalkami) na “tradycyjny” (z obłędnie kolorowym menu i ślicznymi, rysowanymi portretami autorstwa Katsumiego Enamiego). Najważniejszą rzeczą jest jednak to, że wersja International mieści się na jednej płycie, więc nie ma tu upierdliwej wymiany dysków obecnej w oryginalnym wydaniu.

Podsumowując: mimo graficznych czkawek i niezbyt pociągającej warstwy fabularnej, Star Ocean: The Last Hope to ogromna gra, która łatwo uzależnia. Próbuję zrozumieć dlaczego spotkała się z aż tak brutalnym odzewem wśród graczy. Być może nigdy nie widzieli prawdziwie złego dubbingu, jak w Chaos Wars. Tak, będę ten filmik załączać do końca moich dni.

Reklamy

Komentarze

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s