Powspominajmy: Suikoden V


Seria Suikoden ma jedną z najsmutniejszych historii. Nie porzucili jej fani, sprzedawała się całkiem przyzwoicie, jedynie Konami stopniowo zaczęło o niej zapominać. Piąta gra, po dziś dzień ostatnia numerowana część gry, została wydana w 2006 roku PS2. Jako że zajmuje wyjątkowe miejsce w moim jRPGowym serduszku, chętnie o niej powzdycham.

O ile pierwsze dwa Suikodeny są w zasadzie bezkrytycznie wielbione, to reszta nie ma tak dobrze. Trójka, chociaż była komercyjnym sukcesem, podzieliła fanów, a czwórka, sprawę ujmując dyplomatycznie, generalnie minęła się z oczekiwaniami. Sporo ludzi sparzyło się na czwartej części, dlatego zignorowali piątkę, która jest powrotem do korzeni. Jest to przykre o tyle, że piąty Suikoden ma jedną z lepszych fabuł z jakimi się kiedykolwiek spotkałam w jRPGu, a także ma niesamowitą atmosferę.

Głównym bohaterem gry, zgodnie z tradycją, jest niemy protagonista, w tym przypadku książę. Możnaby się spodziewać, że czeka na swoją nieuchronną koronację, ale królestwo Faleny w którym żyje jest matriarchatem. Na dodatek królowa matka, właścicielka Runy Słońca, powoli traci przez wymieniony symbol kontrolę nad swoimi zmysłami, a przy okazji mocami. Runa Słońca gwarantuje Falenie dobrobyt, ale może też siać zniszczenie. Właściciel takiej Runy musi mieć się zatem na baczności i ciągle kontrolować swoje moce. Tak czy inaczej, komuś nie podchodzi idea neutralnego małżonka dla przyszłej królowej, dziesięcioletniej księżniczki Lymslei i wkrótce stolica Faleny zostaje zaatakowana przez wojska jednego z rodów. Książę zostaje pozbawiony rodziców i musi uciekać.

Tak z grubsza wygląda wstęp do gry, który, żeby nie skłamać, zajmuje około ośmiu godzin. Nie żartuję. Suikoden V jest niesamowicie rozwlekły, a gra się w nim szalenie mało w porównaniu do tekstu przez który trzeba przebrnąć. Pozostaje kwestia tego, czy warto inwestować czas w ten tekst, bo jest to gra w dużej mierze skupiona na polityce. W przeciwieństwie do scenariuszy autorstwa Yasumiego Matsuno, który także lubuje się w politycznych wątkach, Suikodeny są znacznie bardziej przystępne. Nie ma tu dużych słów, a zamiary różnych stron są przedstawione w klarowny sposób. Że nie wspomnę o braku inspirowanego Szekspirem sposobu pisania, który na pewno ułatwi życie osobom nieprzyzwyczajonym. Polityka w Suikodenie piątce jest zrozumiała i przedstawiona z punktu widzenia jednostki. Dzięki temu znacznie łatwiej da się pojąć dlaczego dana sytuacja jest ważna, a kiedy jakaś decyzja może być tragiczna w skutkach. Przy okazji poznajemy też liczne grono bohaterów.

Na obrazku: część licznego grona. Pani w różowym wdzianku z biustem na wierzchu to ciotka głównego bohatera. Ma chłopak dobre geny w rodzinie.

Określenie liczne grono jest prawdopodobnie zbyt mało obrazowe. Zgodnie z tradycją w Suikodenie V mamy do zrekrutowania 108 postaci, a do tego dochodzą jeszcze NPCe. Całe szczęście scenariusz jest poprowadzony w taki sposób, że postaci nie mylą się między sobą, a każdy będzie miał do powiedzenia nawet linijkę tekstu, która skutecznie opisze jego/jej charakter. Mimo że jest bardzo rozwleczona, fabuła w Suikodenie piątce jest po prostu fantastyczna. Świetnie ją poprowadzono, trzyma w napięciu i daje satysfakcjonujące zakończenie (jakie by ono nie było).

Jeśli chodzi o rozgrywkę, to nie jest już tak różowo. Powracamy do znanego z pierwszych dwóch części Suikodena systemu walki w którym na polu walki mamy aż sześć postaci. Każdą z nich możemy ekwipować w stosowne bronie i runy, ustawiamy je też w odpowiednich formacjach. Przez większość czasu gra była dla mnie zdecydowanie zbyt prosta, choć były to jedne z moich pierwszych doświadczeń z jRPGami. Być może wynika to z wysokiej częstotliwości pojawiania się walk, który potrafi być chwilami bardzo irytujący.

Piątka oferuje dwa inne tryby walki: jeden na jeden i bitwy. Oba rozgrywają się na zasadzie kamień-papier-nożyce i oba są pieruńsko proste. Jedyna trudność jaką można by odczuć w bitwach to uważanie na dowodzących, czyli swoich ciężko zrekrutowanych kadetów. Kiedy umierają w bitwach, umierają na dobre, blokując możliwość dostania najlepszego zakończenia gry. A wierzcie mi, że warto grać o najlepsze zakończenie w Suikodenach, bo pozostałe są zazwyczaj rozdzierająco smutne.

Walka jeden na jeden w akcji. Rzecz polega na wytypowaniu jaki atak wykona przeciwnik, wszystko na podstawie odzywki jakiej użyje. Prostsze niż mogłoby się wydawać.

Gra nie wyglądała porywająco w 2006 roku i nadal nie wygląda. Oferuje prosty wygląd, więc tym bardziej dziwi wyjątkowo długi czas ładowania się scenek. Patrzenie na biegającego głównego bohatera w formie sprite’a (bo tak wygląda ekran ładowania) po jakimś czasie staje się swego rodzaju transem. Kiedy już jednak się załaduje to gra nie prezentuje żadnych fajarwerków graficznych. Co innego muzyka. Do Suikodena V soundtrack skomponował Norikazu Miura i wywiązał się z zadania rewelacyjnie. Mimo aż czterech płyt z których składa się ścieżka dźwiękowa, jest tu duże urozmaicenie i sporo zapamiętywalnych melodii. Prawdopodobnie nie jest to kaliber pierwszych dwóch Suikodenów, ale spokojnie zasługuje na chlubne miano drugiego miejsca po nich. W grze pojawia się też dubbing i jest bardzo dobry. Grając po raz pierwszy wychodziłam z gier ery lat 90tych, które miały… dyskusyjny voice acting, ale Suikoden V zrobił na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Nie ma żadnego wstydu w graniu w wersję anglojęzyczną.

Koniec końców Suikoden piątka ma swoje wady, między innymi rozwleczony scenariusz i niekończące się ładowanie. Wszystko to jednak schodzi na daleki plan kiedy bierze się pod uwagę bardzo udaną fabułę z armią świetnie napisanych postaci. Po latach kompletnie zapomniałam o ładowaniu i częstych walkach, za to po dziś pamiętam konkretne sceny przy których ryczałam jak bóbr. Suikoden V to fantastyczne doświadczenie i tym bardziej mnie boli, że seria zeszła na kompletnie nijakie produkcje typu Tierkreis. W jakimś alternatywnym świecie ktoś może pozna się na sile Suikodenów i powstanie część szósta. Póki co pozostaje jojczenie nad tym, że Konami nie chce wrzucić dwójki na PSN/SEN.

Reklamy

Jedna uwaga do wpisu “Powspominajmy: Suikoden V

  1. W Suikodeny I i II grałem już dawno temu, więc może już po prostu słabo je pamiętam, ale wydaje mi się, że V podobał mi się wcale nie mniej. Gra jest po prostu wspaniała. Kilka elementów zasługuje na uwagę:
    – niesamowity zestaw bohaterów, nie przypominam sobie tak wielu tak fajnych postaci w innym jRPG
    – długi, prawie dziesięciogodzinny początek pozwolił zżyć się z bohaterami, królestwem, wczuć się w świat gry
    – fabuła jest świetnie poprowadzona – długa, nie nudzi i nie męczy, sensowna i logiczna, potrafi wywołać spore emocje

    Wady:
    – dłuuuugie loadingi
    – bardzo niski poziom trudności, gra nie stanowi praktycznie żadnego wyzwania

    Grafika jak dla mnie jest ok. :)

Komentarze

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s