Ys: The Oath in Felghana – recenzja

Ys The Oath in FelghanaJedną z wielu japońskich serii z tradycją, którą nieJapończycy w dużej części przegapili, jest Ys. Gdyby były wątpliwości pisze się Ys, wymawia iis. Głównym bohaterem gier jest rudowłosy młodzian zwany Adolem Christinem, a jego przygody polegają na ratowaniu mniej lub bardziej atrakcyjnych ludzi z opresji i rozwalaniu armii przeciwników. W dniu dzisiejszym opowiemy sobie o (remake’u) trzeciej części jego przygód, która jakiś czas temu została wydana na PSP, a kilka dni temu pojawiła się na Steamie.

Ys: The Oath in Felghana jest przeróbką Ys III: Wanderers from Ys, ogólnie uznawaną za najgorszą z serii. Uspokoję Was, że Felghana, w przeciwieństwie do trójki, została w całości wyprodukowana przez Falcom i jest bardzo zgrabnym action RPG. Jest tu niedużo gadania, za to mnóstwo naparzania stworzeń i jedne z najfajniejszych walk z bossami z jakimi się spotkałam. Znakiem szczególnym gry jest pełen wachlarz poziomów trudności, tak więc pobawią się tu zarówno upośledzeni manualnie, jak i wytrawni wyłamywacze padów i klawiatur.

Fabuła w Ys to sprawa drugorzędna, ale warto mieć o niej jakieś pojęcie. Adol i jego bro Dogi lądują w rodzinnych terenach tego drugiego. Trafiają oczywiście na jakiś Bardzo Ważny Moment i muszą ratować wszystko to, co Dogiemu drogie. No i świat. To zawsze musi być świat. Po drodze krząta się gdzieś przyjaciółka z dzieciństwa i jej bishie brat, a także paru innych NPCów, których prędzej czy później trzeba będzie ratować. Taka praca.

Jedna ze stron kalendarza z edycji kolekcjonerskiej wersji na PSP. Kurzył mi się biedaczek rok cały.

Jedyną postacią, jaką będziemy kierować jest nasz niemy i rudowłosy heros Adol. Możemy go na rozmaite sposoby usprawniać, ale prawda jest taka, że przez 90% czasu zabawa polega na napieprzaniu ruszających się rzeczy mieczem. Czasem pojawią się jakieś elementy platformówkowe, ale tak czy siak rzecz sprowadza się do bicia żyjątek. Najfajniejsi są bossowie, którzy mocno tłuką i wymagają pewnej dozy strategii. To, jak duża będzie ta doza zależy od poziomu trudności na jakim gramy. Na najwyższym potrzebne są nie tylko elastyczne paluchy, ale niezła pamięć i bardzo dobre wyczucie czasu. Wierzcie mi jednak, że pokonywanie co trudniejszych przeciwników daje masę satysfakcji.

Graficznie mamy do czynienia z tym samym silnikiem graficznym jak w Ys: The Ark of Napishtim i Trails in the Sky. Są trójwymiarowe środowiska i trójwymiarowe sprite’y, że tak to ujmę. Całość nie wygląda porywająco, ale daje radę i, co ważniejsze, ruszy na praktycznie każdym komputerze. Warstwa graficzna Ys jest sprawą drugorzędną, bowiem jednym z najsilniejszych aspektów gry jest muzyka. Falcom ma swój własny zespół, który jest odpowiedzialny za niesamowite ilości fantastycznej muzyki. Oryginalna ścieżka do Ys III była fantastyczna, a instrumentalne aranżacje odpowiednio ją podkręcają. Zresztą, posłuchajcie sami.

Jedną przewagą jaką ma nad wersją piecową wydanie Felghany na PSP jest voice acting. Na te nieliczne chwile, w których NPCe będą rozmawiać między sobą, dostali głosy. Całe szczęście XSEED zadbało o to, żeby dubbing był najwyższej próby i nie trzeba znosić koszmarków typu Ark of Napishtim. Szczególnie cieszy mnie obecność Dereka Stephena Prince’a, który ostatnio nie dostawał większych ról w animu grach, a mam do niego szczególną słabość. Tak czy inaczej strona wokalna gry jest zupełnie przyzwoita i nie powinna budzić awersji. Jako że oryginalna wersja Felghany nie miała voice actingu, także wydanie na Steamie jest go pozbawione.

W zasadzie to jedyna przewaga PSP nad piecem, bo cała reszta idzie na korzyść tego drugiego. Jest tu lepsze sterowanie, grafikę można dostosować do swoich potrzeb, ma achievementy (i przecudnej urody rysunki do nich), ale przede wszystkim jest tańsze. Sprowadzanie specjalnej edycji gry kosztowało mnie prawie dwieście złotych polskich, podczas gdy wersję Steamową można nabyć za dwanaście jewro. Znając ichnie obniżki założę się, że już niedługo grę będzie można kupić jeszcze taniej. A zdecydowanie warto, bo to jeden z takich tytułów, który sprawia mnóstwo old-schoolowej frajdy. Nie gwarantuję, że nabycie tej gry zrobi z Was pecetowych hipsterów, ale to implikuję.

Tymczasem mam nadzieję, że już wkrótce usłyszymy o kolejnych cudach na Steamie, bo XSEED oprócz obiecania nam Ys Origin zasugerowało, że na platformie pojawią się inne gry. Kto wie, może dane będzie nam zagrać w pecetowe wersje Trails in the Sky i ich kontynuacji?

Reklamy

Komentarze

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s