Powspominajmy – Fajnale na PSX

Jako że mija rok odkąd zaczęłam pisać w tym blogu, czas na wspominki z grubej rury. Final Fantasy VII, VIII i IX to były moje pierwsze jRPGowe podrygi, wszystkie wspominam równie rzewnie i chętnie do nich wracam. Wszystkiego najlepszego dla Jacka Frosta z imponującym uzębieniem, powspominajmy złotą erę fajnali!

O fajnalu siódemce mówił każdy i to wielokrotnie. Nie wiem nawet od czego zacząć. Może od mojej opinii na temat głównego tematu jojczenia fanów serii oprócz Versus XIII, mianowicie remake’u gry. Z jednej strony chciałabym zobaczyć FFVII z grafiką na miarę dzisiejszych konsol, ale wydaje mi się, że jej chwilami głupkowaty sposób bycia bardzo źle by się przyjął wśród dzisiejszych graczy. Bo nie wiem czy pamiętacie, ale oprócz  przygnębiających slumsów i załamań psychicznych w grze pojawiały się m.in.:

  • minigierka polegająca na przypodobaniu się właścicielowi burdelu,
  • mocno implikowany gruppen sex w jacuzzi,
  • minigierka polegająca na wymienianiu plaskaczy przez dwie kobiety (jedna z nich była adeptką sztuk walk),
  • maskotka z ujeżdżającym ją kotem gadającym przez megafon – szpieg poważnej organizacji.

Tymczasem obserwując fandom FFVII wydaje mi się, że pamiętają oni głównie powłóczyste spojrzenia Clouda i gołą klatę Sephirotha. Podobają mi się te standardy, ale pragnę zauważyć, że przeniesienie tej gry w jej oryginalnej formie na współczesne konsole to nie tylko kwestia dobrania bardziej szczegółowych tekstur. Pewne rzeczy po prostu by dzisiaj nie przeszły.

Chociaż już nie takie rzeczy przechodziły.

Mimo to FFVII ma bardzo fajny system walki. Nie mówię tu o ATB, ale o materii. Wkładanie odpowiednich kulek w odpowiednie schowki i tworzeniu coraz to bardziej niszczących konfiguracji to jeden z najlepszych aspektów tej gry. Limit Breaki są efektowne i niszczące, uaktywniają się w najrozsądniejszy sposób, a summony robią wrażenie. No i poza tym ma się to przerażające wrażenie nadciągającej apokalipsy, którego już nigdy później nie udało się przenieść żadnej grze z serii (nawet FFX, która powinna być na tym oparta).

FFVII nie jest moim faworytem, ale bardzo cenię sobie ten tytuł. Ma interesujące postaci, bardzo dobrze poprowadzone wątki i wszechobecny klimat. Chyba każdy kto grał w tę grę zna to niesamowite uczucie, kiedy po raz pierwszy opuściło się Midgar i popatrzyło na mapę świata. Siódemka jest zbudowana z mnóstwa takich momentów i pewnie to sprawia, że jest faworyzowana w fajnalowym fandomie.

W przeciwieństwie do większości mojego pokolenia jRPGowych graczy, wcale nie zaczynałam od FFVII. Pierwszą grą z serii, za jaką byłam skłonna się wziąć była ósemka. Postaci trochę mniej przypominały dzieci Popeye i klocków Lego, a i animu jakieś takie doroślejsze się wydawało być. To drugie oczywiście okazało się wierutną bzdurą, bo fabuła w FFVIII to niezły bałagan, ale do dziś twierdzę, że rysunki do tej gry są jednymi z najładniejszych wyprodukowanych przez Tatsuyę Nomurę. Czy same designy mi się podobają to już inna kwestia.

Wciąż uważam, że Rinoa jest śliczna. Aż szkoda ją palnąć patelnią, mimo że chwilami aż się prosi.

O ile siódemka opierała się na zróżnicowanych postaciach i przedstawianiu ich historii w trakcie rozwoju fabuły, ósemka zamiata swoje postaci pod dywan. W zasadzie oprócz głównego bohatera, jego ukochanej i rywala nikt nie jest tu rozwijany. Oczywiście wszystko to wyjaśnia się pod pretekstem nieszczęsnego wspólnego sierocińca, ale może do tego nie wracajmy. Postaci w ósemce są zróżnicowane mniej więcej tak, jak społeczeństwo polskie. Czytaj: prawie wcale.

Fabularnie FFVIII też nie porywa. Zaczyna się bardzo fajnie, bo od wypełniania misji w militarnej szkole, do której uczęszczają Squall i jego dzielna banda. Niestety, z czasem trzeba dokooptować obowiązkowe dla serii elementy magii i nagle zamiast przygód z nieudolnym wyzwalaniem miast spod tyranii kogośtam jesteśmy skazani na oglądanie przedziwnych obrotów akcji z czarownicami i niszczeniem czasu. Po drodze pojawia się strasznie niezręcznie napisany romans. Dlatego ciągle mam duże nadzieje wobec FF Type-0, tam od początku do końca mamy do czynienia z wojną. Magia i inne ceregiele to tylko narzędzia, których się w jej ciągu używa.

Z tego, co zauważyłam, to jednak nie warstwa fabularna ósemki wpienia fanów, ale system walki. W sumie ciężko się dziwić, genialny w swoich możliwościach system materii został zamieniony na podłączanie magii, którą zbiera się niczym przedmioty. Najwięksi krytycy nie wzięli pod uwagę tego, że magii nie powinno się pobierać przez pół godziny od przeciwników, a przerabiać ją z kart do gry w Triple Triad, ale co do jednego mają rację. Balans w FFVIII nie istnieje, tę grę da się zniszczyć praktycznie w ciągu dwudziestu minut od jej rozpoczęcia. Na domiar złego postaci mają nieograniczony dostęp do Limit Breaków kiedy tylko ich zdrowie osiągnie poziom krytyczny.

FFVIII ma mnóstwo problemów, ale i tak bardzo lubię tę grę. Ma jedne z najciekawszych i najładniejszych miejscówek, rewelacyjny soundtrack (moim zdaniem drugie najlepsze dzieło Uematsu po VI) i fantastyczne summony. Co z tego, że ich animacje trwają tydzień. Nigdy później nie robiły na mnie takiego wrażenia. Doomtrain debeściak po dziś dzień.

Dziewiąty fajnal z zupełnie niewiadomych mi przyczyn nie jest w połowie tak kochany jak obie poprzednie gry. Oczywiście ma swój fandom i zwolenników, ale nie jest tak ciepło wspominany jak siódemka i ósemka. A uważam, że to najlepiej skonstruowana gra z serii. Nie dość, że ma najlepiej poprowadzoną fabułę i postaci (nie ma tu praktycznie żadnych dłużyzn), to przepięknie wygląda i dobrze się w nią gra. Gdyby tylko przyspieszyć system walki byłaby absolutnie perfekcyjna.

Możliwe, że ludzi drażni powrót do korzeni. FFVII i VIII były bardziej modernistyczne, podczas gdy dziewiątka to jeden wielki list miłosny do gier o średniowiecznych ciągotach i oczywiście poprzednich gier z serii. Postacie są odpowiednio skurczone (chociaż ich modele są przepięknie szczegółowe, porównajcie to sobie z ósemką), jest dużo wstawek komediowych, magii i smoków. Podejrzewam, że w porównaniu do poprzednich dwóch gier potraktowano to jako krok w tył, ignorując całą masę uroku, którą dziewiątka posiada.

Na obrazku: 60% uroku FFIX.

Każde miasto, każdy dungeon są wyjątkowe. Nie mogę się przestać zachwycać nad tymi tłami, cudnej urody są. Mimo że soundtrack jest dość nijaki, to i tak buduje klimat świata i historii. Postaci są fantastyczne – praktycznie każdy z głównych bohaterów dorasta w trakcie gry i staje się sympatyczniejszy niż początkowo. Jedyne wady, jakie mogłabym wytknąć dziewiątce to wspomniany bardzo tradycyjny system walki, który jest upiornie wolny i nieudolna kopia karcianki z FFVIII zwana tutaj Tetra Master. O ile Triple Triad był udaną minigierką przez  prostotę, to Tetra Master jest niepotrzebnie przekombinowany.

No i dziewiątka dostała porządną lokalizację robioną przez więcej niż jedną osobę.

We wszystkie te gry grałam co najmniej trzy razy i cały czas znajduję w nich coś nowego. Oprócz znośnej fabuły, oferowały masę rozrywki poza nią. Było rozmnażanie kurczaków, gra w karty, a czasem poukrywane gdzieś w świecie materie czy summony. Wydaje mi się, że nigdy później Kwadratowi nie potrafili trafić zarówno do weteranów jRPGów jak i świeżo upieczonych graczy. Tak samo jak później już nie udawało im się wyważyć anime i realistycznego przedstawienia postaci. Prawdę mówiąc wolę patrzeć na wystylizowane postaci z IX niż pseudo-realistycznych ludzi z XIII. Serah w bikini potrafi przerazić znających anatomię.

O tym, że fajnale są obecnie w dość nieciekawej sytuacji nie muszę chyba nikomu przypominać. Trzynastka i czternastka boleśnie skrzywdziły wizerunek serii, co widać chociażby po żenująco niskich wynikach sprzedaży XIII-2. Bardzo jestem ciekawa jak na tym tle wypadną kolejne tytuły i czy w końcu dożyjemy Versus XIII. Tak czy inaczej zawsze będzie można wrócić do złotej ery fajnali i powspominać jak to kiedyś fajnie było. Bo było.

Reklamy

3 uwagi do wpisu “Powspominajmy – Fajnale na PSX

  1. O rany, o rany, nareszcie natrafiłam na opinię, która nie stawia VII ponad wszystkie niebiosa – czuję się jakbym dostała prezent pod choinkę ^^

    Mam bardzo podobne odczucia i nawet bardzo podobną historię – moja przygoda z FF-ami też zaczęła się od ósemki, i to ona właśnie rozpoczęła moje oczarowanie serią. Kreacja głównego bohatera to było coś niezwykłego, niestandardowego i wyjątkowego, a świat i muzyka zawładnęły mną całkowicie. Junction System bardzo mi odpowiadał, historia się mocno posypała w trakcie, but still – czołówka mojego FF-owego uwielbienia (po XIII i X).

    Za to w siódemce cenię przede wszystkim system gry, bo fabuła i postacie w większości przyprawiały mnie o chęć wyrywania sobie włosów. Grało się super – w końcu to Final – ale na pewno nie należy do moich ulubionych.

    Za to dziewiątkę uwielbiam – jest urocza, magiczna i nostalgiczna. Szczerze mówiąc, nie spodziewałam się po niej wiele, ale sprawiła mi autentyczną radość :)

    Nie grałam jeszcze w trzynastki, i boję się tego, ale czuję się w obowiązku pewnego dnia dowiedzieć się, czego właściwie nie lubić ;)

    Pozdrawiam :)

    1. Siódemka jest fajna, ale bez przesadyzmu. Tymczasem gdyby wierzyć internetowi to wyleczyła raka i wysłała człowieka w kosmos. :P

      Lubię to podejście! Też staram się nie krytykować niczego bez uprzedniego spróbowania. Trzynastki mają swoich fanów, ale dla mnie zawsze pozostaną dwoma krokami w tył po dwunastce. ^^;

      Dziękuję bardzo za odwiedziny i komentarz~

      1. O mój boże, ale napisałam byka – w „czołówka mojego FF-owego uwielbienia (po XIII i X)” miało być XII, nie XIII ^^ Kocham dwunastkę najbardziej na świecie ^^

        No i coś czuję, że będę tu zaglądać częściej ;)

Komentarze

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s