Powspominajmy: Digital Devil Saga 1 i 2

Ghostlight, europejski wydawca gier niszowych, ogłosił ostatnio, że Digital Devil Saga pojawi się niebawem na europejskim Playstation Network. Myślę, że to świetny pretekst do tego żeby te tytuły powspominać i namówić niezaznajomionych do wypróbowania.

Seria Shin Megami Tensei to skomplikowana bestia. Nie byłoby tak trudno jej ogarnąć, gdyby nie to, że amerykański oddział Atlusa ładuje pod nią praktycznie każdy tytuł z demonami w roli głównej. Persona, Devil Survivor, Devil Summoner, czy właśnie dzisiejsza Digital Devil Saga nie są podtytułami jak w angielskich wersjach, a pełnoprawnymi seriami. Nie powiem, tytuły takie jak Shin Megami Tensei: Devil Summoner: Raidou Kuzunoha vs. The Soulless Army mają nieodparty urok, ale przerażają większość normalnych ludzi.

Digital Devil Saga, w Japonii z podtytułem Avatar Tuner, powstała w 2004 roku (w Stanach wylądowała w 2005, a na Starym Kontynencie w 2006) na stare i dobre Playstation 2. Dwie części na które składa się gra to fabularna całość i nie zamierzam ich opisywać oddzielnie. W sumie nie ma też takiej potrzeby, bo jedyna różnica między nimi sprowadza się do systemu rozwijania postaci, o czym za moment.

Cała historia rozpoczyna się w szarym i ohydnym świecie adekwatnie zwanym Junkyard. Żyją tam walczące ze sobą plemiona. Stawka jest wysoka, bo zwycięskie plemię trafi do Nirvany. Gra silnie nawiązuje do Buddyzmu, więc lepiej przyzwyczaić się do charakterystycznych nazw.

Odwiedzimy między innymi Muladharę, Svadhisthanę, Manipurę, Anahatę czy Ajnę. Motywem przewodnim jest natomiast Om Mani Padme Hm.

Główny i niemy bohater gry, Serph, jest szefem klanu Embryon, do którego należą również Heat, Argilla, Gale i Cielo. Cała zabawa zaczyna się, kiedy podczas jednej z wielu bitew bliżej niezidentyfikowany obiekt nadaje mieszkańcom Junkyard nowe właściwości. Otóż nie dość, że zaczynają oni odczuwać emocje, to zyskują umiejętność transformacji w demony. Jedyną ceną za to wszystko jest to, że do przeżycia potrzebne jest im… mięso innych demonów. Nie wchodząc w meandry minimalistycznej, ale dobrze poprowadzonej fabuły zdradzę tylko, że w części drugiej bohaterowie muszą zmierzyć się z jeszcze poważniejszym pytaniem: co stanie się, kiedy dotrą do Nirvany?

Digital Devil Saga to dungeon crawler z turowym systemem walki urozmaiconym systemem press turn znanym z SMT: Nocturne. Oznacza to, że gra nagradza wyłapywanie słabości przeciwnika dając nam dodatkowe tury, jednocześnie zabierając je przeciwnikowi. Jak na Shin Megami Tensei przystało, gra ma imponujący poziom trudności. Nawet przeciętni wrogowie mogą zrobić z nas sieczkę jeśli podejdziemy do nich bez pomyślunku.

Dodatkowy boss w pierwszej grze jest uznawany za jednego z najtrudniejszych w historii (j)RPG. Niespodzianką niech pozostanie jego tożsamość.

Rozwój postaci w obu grach wygląda podobnie, ma jedynie inną szatę graficzną. W pierwszej Digital Devil Sadze mamy do czynienia z dość linearną konstrukcją drzewkopodobną, a w drugiej zmienia się w wielką planszę w której odblokowujemy przylegające do siebie sześciokąty. W obu przypadkach chodzi o uczenie się nowych umiejętności, które wymagają punktów Atma. Najwięcej ich daje pożarcie przeciwnika, toteż najlepiej jest się uczyć zdolności związanych z jedzeniem żeby jak najszybciej i najefektowniej rozwinąć postać.

Całe szczęście DDS to nie tylko bieganie z punktu A do punktu B z przerwami na zjadanie przeciwników. W międzyczasie pojawia się jeden z najlepszych soundtracków, które stworzył Shoji Meguro, a oprócz tego pojawiają się charakterystyczne designy Kazumy Kaneko. Nie mogę też nie wspomnieć o fantastycznym dubbingu, możliwe, że najlepszym (jak dotąd) u Atlusa. Jeśli chcecie wiedzieć dlaczego Crispin Freeman i Steve Blum są moimi wielkimi miłościami, to gorąco polecam ten tytuł.

Digital Devil Saga oryginalnie była próbą przedstawienia serii SMT szerszej publiczności. Ostatecznie zajęła się tym, za cenę odejścia od klimatu pierwotnej serii, Persona. DDS tymczasem zachowuje cudowny klimat klasycznych gier Shin Megami Tensei. Jeśli w nie graliście, to nie muszę Was dalej namawiać, jeśli natomiast nie, to Digital Devil Saga jest świetnym początkiem.

Przypominam, że obie części już wkrótce będą dostępne na europejskim Playstation Network (które powinnam zacząć nazywać Sony Entertainment Network, ech), ale można je również kupić na serwisach aukcyjnych w oryginalnej formie i sympatycznej cenie. To zabawne, że Atlus jeszcze nie zaoferował takiej radości Amerykanom, bo to u nich DDS jest rarytasem.

Reklamy

Komentarze

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s