Krótka historia: Seria Tales

[Disclamer: Początkowo ten wpis miał być standardowym Powspominajmy, ale w międzyczasie trochę mu się urosło. Stąd też nowy tag. Kto wie, może w przyszłości coś innego się pod to podłapie. Poza tym określenie ‚krótka’ jest bardzo mylące. Zróbcie sobie do czytania obiad, czy coś.]

Jeśliby jRPGi uosobowić i zrobić im zdjęcie klasowe, to Final Fantasy i Dragon Quest byłyby tymi najpopularniejszymi dzieciakami w klasie. Reprezentowałyby całą szkołę i wygrywały wszelkie konkursy popularności. Tymczasem na drugim planie tego zdjęcia wariowałby klasowy klaun, czyli seria Tales. Zawsze miałam słabość do takich typów, więc nie widzę powodu by o nim trochę nie pogderać.

Cechy wspólne

Tales to seria gier ze sporą ilością tytułów na koncie i całkiem bogatą historią. Charakteryzuje się animeowatym designem, sympatycznymi postaciami i specyficznym systemem walki, który chwilami przypomina mordobicie. O ile nieszczęsne Final Fantasy drastycznie zmienia się z gry na grę, pozostawiając typowe dla serii elementy, to Tales generalnie pozostają takie same. Nie jest to jednak aż tak dramatyczna stagnacja jak w przypadku Dragon Questa – tutaj system walki i rozwój postaci jest mniej lub bardziej szlifowany, a fabuły potrafią wciągać.

Zacznijmy od systemu walki, który jest chyba najbardziej charakterystyczną cechą tej serii. Twórcy sprytnie ozwali go Linear Motion Battle System, a polega na tym, że w walce kierujemy jedną postacią na polu bitwy. Przedrostek Linear zdołał się już nieco zestarzeć[1], bo od czasów Tales of the Abyss dozwolone jest bieganie w trzech wymiarach, ale elementy aktywnego napieprzania pozostają niezmienne. Walczące postaci wedle standardów gatunku mają pasek HP, ale zamiast MP posiadają TP (Technical Points), które zużywa się na magię/umiejętności. Największą frajdę stanowi tworzenie coraz to dłuższych combosów łączących zwykłe ataki z umiejętnościami (vel skillami) postaci i kończąc Mystic Artes, czyli Bardzo Bolesnymi Atakami Specjalnymi. Wszystko to w celu uzyskania na końcu potyczki jak najwyższej oceny (aka grade), która może przekładać się na rozmaitej maści bonusy.

Fabularnie Tales nie szaleje. Zazwyczaj są to proste historie z plot twistami, które da się przewidzieć kilkanaście godzin wcześniej. Światy są przedstawione bez niepotrzebnych komplikacji i szybko da się połapać jak w danej grze NPCe wołają na złych typów (porównaj: Final Fantasy XIII). Największą siłą tej serii są postacie. Zazwyczaj są bardzo stereotypowe, jednak napisane w sympatyczny i przekonujący sposób, więc nie sposób ich nie lubić. Czasami nawet udaje się im obalić stereotypy, a także dokonać spektakularnej (okazyjnie nawet wiarygodnej) przemiany. Dialogi i relacje między bohaterami są zazwyczaj na tyle udane, że z radością ogląda się charakterystyczne dla serii scenki (skits), w których postaci perorują na rozmaite tematy.

To, co łączy większość tytułów z serii to projekty postaci wykonane przez Kōsukego Fujishimę (ciekawostka: wszystkie gry z jego designami zostały wydane na rynku anglojęzycznym), Mutsumi Inomatę lub Kazuto Nakazawę. Za muzykę w zdecydowanej większości gier odpowiedzialni są Motoi Sakuraba z Shinjim Tamurą. Wyjątkami są Tales of Innocence, gdzie komponował Nakamura Kazuhiro i Tales of Legendia, przy którym pracował Go Shiina. Wyłączając ten ostatni przypadek muzyka z serii jest raczej nudna. Właściwie im nowsza gra, tym gorzej. Da się tego słuchać, ale biedny Motoi Sakuraba stał się bladą kalką samego siebie.

Historyczny skład

Pierwszą grą z serii było Tales of Phantasia na SNESa wydane w 1995 roku (po angielsku oficjalnie ukazało się w wersji na GBA jedenaście lat później), z czasem uzyskując milion portów. Muszę się przyznać, że sięgałam po każdy z nich, ale prędzej czy później grę odkładałam. Już nawet nie chodziło o to, że całkowicie posysałam w systemie walki, a wycięte z wyjątkowo twardej tektury postaci nudziły mnie do łez… a może dokładnie o to chodziło. W każdym razie chronologicznie po tej grze ukazało się Tales of Destiny, Tales of Eternia i Tales of Destiny 2, pierwotnie wszystkie na PSX.

Tales of Eternia otrzymało port na PSP, który zgarnęłam parę lat temu za jakąś śmieszną cenę. Oczywiście jak na tytuł za kilkanaście złotych przystało, zaczęłam w niego grać parę lat po zakupie. Muszę przyznać, że po nawróceniu, które ostatnio przeżyłam, bardzo dobrze bawię się przy tej grze. Pewnie, że postacie są typowe, a fabuła przewidywalna. System walki jest dwuwymiarowy, sterowanie prościutkie… i bardzo dobrze się przy tym wszystkim bawię. Dużym atutem jest charakterystyczny klimacik jRPGów z lat 90tych i dubbing również z tych lat. Czystej wody nostalgia.

O ile do tego czasu Tales było na pozajapońskim rynku raczej ignorowane, to po wydaniu Tales of Symphonia sytuacja mocno się zmieniła. Gra uznawana jest za jeden z najlepszych tytułów na GameCube’a i przykład tego, co w serii najlepsze. Oczywiście musiałam dorwać ją w swoje łapska. Udało mi się to zrobić dopiero parę miesięcy temu, ale było warto. Tales of Symphonia to jedna z najlepszych gier, w które ostatnio grałam. Nie dlatego, że jest wyjątkowo ładna (chociaż cell shading dobrze się starzeje), ani przez swoją niewiarygodnie kliszowatą fabułę. Nawet dialogi między skądinąd sympatycznymi postaciami są napisane tak, że chwilami mam ochotę się pochlastać. Mimo to ToS sprawia masę frajdy. System walki zdołał mnie nawrócić na wyznanie fanów serii, a samo patrzenie na okładkę gry wywołuje radość. I chyba tym właśnie jest ta gra: skondensowaną radością. Z ludobójstwem i obozami pracy w tle.

Następną grą było Tales of Rebirth na PS2, które nigdy oficjalnie nie zawitało na rynek anglojęzyczny. Grą, którą kopnął ten zaszczyt było Tales of Legendia… którego do dziś nie zdobyłam, między innymi dlatego, że wydano ją tylko dla Amerykanów. Podobny los spotkał Tales of the Abyss, w które udało mi się zagrać. Wydaje mi się, że na dzień dzisiejszy TotA jest najbardziej znaną grą z serii. Przedstawia znacznie bardziej skomplikowaną fabułę niż Symphonia, postaci, które wyglądają na więcej niż trzynaście lat, no i oczywiście nieco podrasowany system walki. O ile ToS było pierwszą grą z trójwymiarowym polem walki, to dopiero TotA dało możliwość swobodnego biegania po nim. Jak można sobie wyobrazić sam ten fakt znacząco zmienił sposób, w jaki się bije. Dodatkowo wprowadzono dodatkowe umiejętności, których postaci mogły się uczyć. TotA to jedna z tych gier, które bardzo chciałam przejść w całości, jednak nie było mi to dane. Stary i zmachany laserek mojej konsoli zniszczył płytę z grą i od tego czasu czekam tylko aż pojawi się alternatywny sposób jej przejścia[2].

Tales of Innocence pojawiło się na DSa, ale nigdy po angielsku. Jedziemy dalej. W 2008 roku ukazało się Tales of Vesperia na X360. Znając historię serii z Playstation była to dziwna decyzja… a, jest port na PS3… który nie został przetłumaczony. No tak. W każdym razie ToV było jednym z powodów dla którego rozważałam kupno Xboxa 360. Ostatecznie tego nie zrobiłam, cierń w mym sercu pozostaje, ale polecam gorąco. Pierwszy raz głównym bohaterem został facet, który ma więcej niż dwadzieścia lat (i głos Troya Bakera). Ach, tylko nie ściągajcie dema, jest okropne.

Tales of Hearts (DS) nie zostało wydane po angielsku… Tales of Xillia (PS3) dość niedawno wyszła w Japonii, więc na razie można o niej zapomnieć. Ale co to? Tales of Graces, a właściwie jej port na Playstation 3 został zapowiedziany na rynek amerykański i europejski! Mam zamiar napisać o tej grze w przyszłości, ale już dzisiaj zachęcam do zainteresowania się tym tytułem. Jednym z powodów jest to, kto jest odpowiedzialny za tę grę. Otóż gdzieś w okolicy Tales of Destiny grupa tworząca gry z tej serii rozbiła się na dwa obozy. Pierwszy z nich, Team Symphonia, skupiał się bardziej na fabularnej warstwie gry i przedstawiania świata. Team Destiny natomiast woli działać przy systemie walki i rozwoju postaci. To właśnie ta druga grupa zajęła się Tales of Graces i powiedzmy sobie prawdę… jest na co popatrzeć.

Mogłoby się wydawać, że tych kilkanaście gier to wcale nie tak dużo. Jak jednak przystało na porządną serię, Tales także ma sporo tytułów, które nie wchodzą w skład głównej linii. W większości przypadków są to tytuły z postaciami znanymi ze sztandarowych tytułów, jednak Tales of the Tempest (DS, nie wydane po angielsku) jest pierwszą grą z własnymi postaciami i fabułą. Być może kiedyś się nimi wszystkimi zainteresuję.

Problemy i przywary

Po tym krótkim przeglądzie historycznym czuję się zobowiązana do wspomnienia o paru… innych cechach charakterystycznych tej serii. Pojawianie się gier z tej serii po angielsku to prawdziwa ruletka. Namco i fani serii mają ze sobą, hm, intensywną relację. Ci pierwsi nie widzą potencjalnych zysków ze sprzedaży (spoiler: skądinąd słusznie), a ci drudzy bardzo głośno wyrażają swoją dezaprobatę. I nieziemsko marudzą. To jeden z najhałaśliwszych fandomów growych z jakimi się spotkałam.

Druga rzecz, która jest typowa dla tych gier to ilość bugów z jakimi są wydawane. Tales of the Abyss to cały śmietnik, ale nic w porównaniu do oryginalnego wydania Tales of Graces na Wii. Szczęśliwie wersja na PS3 została poprawiona, ale sam fakt występowania tylu robali takiej wielkości mierzi.

Namco chyba w ogóle nie lubi kiedy ludzie kupują pierwsze wydania Tales, bo ciągle wydaje podrasowane porty na inne konsole. Ten trend zaczął się od Phantasii i trwa do dzisiaj. Wersja Tales of Graces, którą dostaniemy już wkrótce, dopakowana została wielogodzinnym epilogiem, a port Vesperii na PS3 dostał nieziemskie ilości dodatków. Całe szczęście ludzie nieznający japońskiego są skazani na wybór Namco Bandai i nie mają jak narzekać.

Powiedzieć że seria Tales ma burzliwą historię, to jak nie powiedzieć nic. Mimo wszystko sprawa jest rozwojowa, bo Tales of Xillia zostało najlepiej sprzedającą się grą z serii od 2002 roku. W pierwszym tygodniu sprzedała więcej egzemplarzy niż Final Fantasy XIII-2 w swoim. Mam szczerą nadzieję, że seria będzie trwać i fani za granicą w końcu przekonają Namco, że warto je wydawać dla pozajapońskiej publiki. Gry z tej serii nie są osiągnięciem na skalę świata, ale wprowadzają tę niezbędną ilość animeowatych stereotypów, które sprawiają, że jest znacznie weselszy.


[1] Więc dali jeszcze bardziej magiczną nazwę: Flex Range Linear Motion Battle System. W skrócie FR-LMBS.

[2] Który nie skaże mnie na kupowanie 3DSa. Chyba że nagle pojawią się na niego wszystkie gry świata.

Reklamy

Komentarze

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s