Final Fantasy XIII-2 – wstępna recenzja

Final Fantasy XIII-2 recenzjaPo (średnio) zasłużonej przerwie wracam tylko po to, żeby gadać o pomyjach Square Enix? Zanim z obrzydzeniem wycofacie się do ulubionej wyszukiwarki czy innego Google Readera dajcie mi się wytłumaczyć. To była ciężka sesja. Wiadomo, że w takim czasie człowiek nie myśli jasno. Wpada tylko na ulubione portale w środku nocy żeby chociaż przez chwilę nie myśleć o tym, co jeden z dziewiętnastowiecznych niedorobionych filozofów mówił na dany temat. Wtedy wybawieniem staje się to proste, a jakież znaczące pytanie: So you think you can ride this Chocobo?

Zacznijmy od tego, że nie lubię Final Fantasy XIII. Bez żadnego oporu nazywam tę grę najgorszą z serii, uwzględniając wszelkie dwójki, Tactics Advance’y i inne Crisis Core’y[1]. Kiedy pojawił się news o kontynuacji trzynastki gorzko się śmiałam. Właściwie do końca poprzedniego roku byłam przekonana, że nie tknę tej gry najdłuższym badylem. Moje uczucia zaczęły się zmieniać mniej więcej w okolicy wydania soundtracku. Nie dość, że jest znacznie bardziej eklektyczny niż ten z trzynastki, to w dodatku ma dużą ilość mojego ulubionego elementu: jaja. Jak to ze mną bywa, słysząc coś tak niezwykłego nie mogłam uwierzyć, że mogliby to wsadzić do okropnej gry[2]. Wyjątkowo miałam rację! XIII-2 ma swoje wady, ale nie jest okropną grą.

Sequel trzynastki wziął sobie do serca krytykę fanów i co potrafił, pozmieniał. Zbyt liniowo? Teraz można bez przeszkód skakać pomiędzy lokacjami. Za mało rzeczy do roboty? Można grać w pierdyliard mini gierek, gadać z NPCami i rozwiązywać ich problemy. Brak miast? …macie jedno, w miarę duże. Wszystko to jednak jest jedną stroną medalu: otwate lokacje wywołały duuuuży spadek płynności grafiki. Normalnie nie zauważam takich rzeczy, ale w FFXIII-2 ilość klatek na sekundę jest dość niska. Nie będę też nikogo oszukiwać, że mini gierki i sidequesty są ciekawe. A to skakanie między miejscówkami? Tak naprawdę dostajemy kilka identycznych lokacji, które są tylko przekolorowywane żeby robić za alternatywną przyszłość lub coś w tym stylu.

Case in point: Pojawimy się jeszcze w Bresha Ruins 300AF i 100AF.

Oczywiście mówiąc ‘krytyka fanów’ parafrazuję słowa Square Enix. Moim największym problemem z trzynastką była nieudana fabuła i niesympatyczni bohaterowie. Po kontynuacji nie spodziewałam się niczego dobrego, ale zostałam bardzo przyjemnie zaskoczona. Nie mówię tu o fabule, bo ta jest ciągle dziełem Motomu Toriyamy, a ten człowiek powinien być zaprowadzony na zajęcia z podstaw pisania scenariuszy. Wyjątkowo dobrze jednak wyszły mu postaci. Wiecie, ta dziewczyna, która w trzynastce wypowiadała się w sumie może z kwadrans i nowy koleś w spodniach MC Hammera. Nie dość, że są znacznie lepiej napisani niż cała plejada postaci grywalnych w FFXIII, to w dodatku są od nich wszystkich razem wziętych sympatyczniejsi. Serah, młodsza siostra Lightning, okazuje się być bystrą młodą kobietą, a Noel spokojnie mógłby mieć swoją własną grę. Jest idealnie napisanym bohaterem jRPGa. Młody, entuzjastyczny, ale przy tym niegłupi i niedający sobie w kaszę dmuchać. Naprawdę szkoda, że już na zawsze zostanie skazany na los bycia w sequelu, którego nikt nie chciał.

Chciałabym się jakoś wypowiedzieć na temat tego pana, ale po trzydziestu godzinach gry ciągle nie mam zdania.

Uciekanie przed wywołującymi spadek płynności grafiki NPCami jest konieczne tylko chwilami, bo na ogół bardzo fajnie jest się wokół nich kręcić. Zamiast durnych wpisów w nieszczęsnym Datalogu, to właśnie oni znacznie lepiej budują atmosferę i świat, w którym żyją. Że już nie wspomnę o ich reakcjach na Chocobo i Moogle’a.

Przejdźmy jednak do tego, co było najlepiej przyjętym aspektem pierwszej gry, czyli systemu walki. Moim zdaniem jest nudny. Samo założenie brzmi świetnie, bo rola gracza ma sprowadzać się do wyczucia sytuacji, ale w praktyce po trzech godzinach można znieść jajo. W pierwszej grze istniał jednak jeszcze jakiś balans trudności, który wywoływał zaangażowanie, tutaj natomiast nie istnieje. Gra od samego początku jest za prosta, a jeśli sprawia problemy, to tylko dlatego, że gracz polazł do miejscówki, do której powinien trafić dopiero za jakiś czas. Nawet rekrutowanie potworków nie ratuje sytuacji. Właściwie tylko ją pogarsza, bo to głównie przez te stworzenia poziom trudności gwałtownie opadł.

Co nie zmienia faktu, że ubieranie rozmaitej maści Behemothów w muszki i czapeczki to jeden z moich ulubionych aspektów całej zabawy.

Pozytywem jest to, że Crystarium zostało troszkę odmienione. Od samego początku możemy decydować w jakim kierunku będziemy rozwijać nasze postaci, a także jakiego rodzaju stworzenia będą nam towarzyszyć. W ostatecznym rozrachunku jest to zupełnie nieważne, ale i tak daje tę specyficzną RPGową radość z budowania bohaterów, której w trzynastce praktycznie nie było.

Krótko podsumowując: FFXIII-2 naprawia błędy swej poprzedniczki i sadzi kilka nowych. W przeciwieństwie do pierwszej gry, tę mogę polecić właściwie każdemu entuzjaście bez większych ubytków na sumieniu. Natomiast każdemu o każdej porze polecam soundtrack. Jest fantastyczny.

PS. Oprócz XIII-2 w sesyjnej gorączce kupiłam cudnej urody breloczki z Tales. Siłą rzeczy muszę coś na ten temat napisać za czas jakiś.

Addendum: Jako że z zasady nie kręcą mnie płatne dodatki nie zbliżałam się do DLC. Może gdyby były ciut tańsze, ale na dzień dzisiejszy szkoda mi tych paru złotych na walki, które potrwają góra pół godziny i kostiumy.


[1] To ostatnie ludzie lubią, ale ja nie jestem ludzie. Chyba. Może.

[2] Widać, że nie grałam w The 3rd Birthday.

Reklamy

Komentarze

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s