Corpse Party – recenzja

Corpse Party recenzjaMam nadzieję, że spędziliście/spędzicie/olaliście[1] święta w możliwie spokojnej i radosnej atmosferze, oraz napchaliście się wigilijnymi potrawami po same uszy. W trakcie dzisiejszej gry wspomnienie tego jedzenia prawdopodobnie będzie chciało gwałtownie opuścić Wasze trzewia… A tak naprawdę to musielibyście być niesamowicie bojaźliwi, bo gra nie jest tak straszna. Zaczynamy Corpse Party!

Przy pierwszym zetknięciu się z tym tytułem byłam przekonana, że to produkt czyjejś nudy, a’la darmowe visual novel znalezione w internetach. Ale okazuje się, że Corpse Party to seria z tradycją i sporymi nakładami pracy. Wbrew temu, co można odczuć po obejrzeniu screenów z gry czy trailera, to produkt wysokiej jakości. To bardzo dobra wiadomość, bo 14,99€/19,99$ piechotą nie chodzi.

Zacznijmy od tego, że bardziej niż visual novel, Corpse Party to point-and-click. Czytaj, samodzielnie biega się po otoczeniu i maca się środowisko w celu popchnięcia fabuły do przodu. Ta natomiast wygląda następująco: w trakcie wyjątkowo dramatycznej burzy grupa licealistów (plus nauczycielka) odprawia mocno podejrzany rytuał. Coś idzie nie tak i grupka ląduje w ruinie szkoły podstawowej, w której ileś dekad wcześniej brutalnie zamordowano wielu uczniów. Myślę, że nie zdradzę za dużo jeśli powiem, że nasi licealiści (plus nauczycielka) są w wielkim niebezpieczeństwie.

Utożsamiam się z dwudziestotrzylatką z wykształceniem nauczycielskim. Zastanawia mnie tylko to, czy odprawianie wątpliwych rytuałów z uczniami to też powołanie.

Przyznam się bez bicia, że grę kupiłam dopiero niedawno i na dzień dzisiejszy przeszłam tylko jej pierwszy rozdział, więc opowiem tylko o tym, co już widziałam. Corpse Party ma jedno z najbardziej stereotypowych i odpychających wprowadzeń jakie w życiu widziałam. Na szczęście postaci w miarę szybko się rozwijają, albo giną w makabrycznych okolicznościach, więc zęby trzeba zagryźć tylko na sam początek przygody. Ta natomiast składa się z pięciu rozdziałów, każdy jest traktowany przez grę jak nowa rozgrywka. Oznacza to, że można te rozdziały zaczynać od początku, a każdy ma odrębny zestaw zapisów stanów gry. Jest to świetny zabieg, bowiem na wszystkie rozdziały przypada kilka błędnych zakończeń, a zaczynanie od początku byłoby uciążliwe. Dodatkową frajdą jest to, że po spełnieniu odpowiednich wymagań otwierają się dodatkowe opowiadania.

Gra wygląda dość specyficznie. Postaci są bardzo prostymi sprite’ami w konwencji niewielobitowej, towarzyszą im portrety doczepione do okna dialogowego. Projekty postaci natomiast sprawiają, że licealiści wyglądają na uczniów podstawówki, a ich nauczycielka na gimnazjalistkę. To znaczna poprawa wobec tego, co sobą prezentowali w wersji na PC (czy wspominałam, że to przeróbka? Wspominam.). Teraz opracowanie graficzne wygląda na robione przez profesjonalistę, wtedy nie bardzo.

Górny obrazek to wersja na pieca, a dolny nie.

Wracając zaś do grafiki, nie bardzo jest co oglądać, niewielobitowe postaci otoczone są przez niewielobitowe środowisko. Jeśli nie lubicie takiej formy graficznej to pozostaje mi współczuć raczej nie przekonacie się do niej w tym wydaniu. Moim zdaniem jednak taka oprawa nadaje grze charakter. Sprite’y są znacznie lepsze w oddawaniu emocji niż trójwymiarowe projekty postaci. Bardzo natomiast podoba mi się menu główne gry (jestem dziwna). Oprócz tego, że jest czarne i okraszone wielkimi pikselami, zostało bardzo gustownie opracowane. Główna w tym zasługa udźwiękowienia.

Wspominałam, że Corpse Party to produkt wysokiej jakości, ale póki co dowiedzieliśmy się, że ma przestarzałą grafikę i średnio intrygujące postaci. Otóż największa siła tej gry tkwi w dźwięku. Producenci gry polecają granie w słuchawkach, więc wbrew swoim niezbyt religijnym przekonaniom założyłam je na uszęta. I było warto. Dźwięk w grze został nagrany za pomocą dwóch mikrofonów, co daje efekt trójwymiarowości. Wszelkie szepty, trzaski czy inne wrzaski są tu prawdziwą radością dla ucha. Poza tym w tle przygrywa bardzo ciekawa, choć zupełnie niehorrorowata muzyka. Dodam jeszcze, że XSEED pozostawiło oryginalnych seiyuu. Jeśli choć troszkę orientujecie się w japońskich aktorach grających głosem, to polecam sobie przejrzeć listę płac. Głosy postaci zaś towarzyszą nam od początku do końca przygody, jak więc słychać na ten aspekt gry poszło sporo uwagi (i funduszy). Jeśli jesteście słuchowcami, to zdecydowanie jest to gra dla Was.

Nie byłabym sobą gdybym nie zapodała muzyki.

Na koniec pozostaje kwestia tego, czy ta horrorowata gra jest straszna. Ech, niezbyt. Jestem co prawda pod tym względem upośledzona, bowiem horrory bardziej mnie irytują niż straszą, ale nie ma tu zbyt dużo powodów do przerażenia. Trup ściele się gęsto, opisy chwilami robią się bardzo obrazowe, a wspomniane dźwięki budują atmosferę, ale nie wydaje mi się żeby było to wyjątkowo straszne. Być może przyczyna leży w tym, że nie zdążyłam przywiązać się do postaci. Tak czy inaczej nie zależy mi na byciu straszoną, więc sami zdecydujcie czy jest to dla Was ważna rzecz.

Corpse Party to fajna impreza, chociażby dlatego, że na taką mnie jeszcze nie zapraszano. Zobowiązuję wszystkich słuchowców i fanów japońskich horrorów do przyjścia. Pierwsi będą zachwyceni po trzydziestu sekundach od odpalenia gry (koniecznie w słuchawkach!), drudzy powinni złapać bakcyla pod koniec pierwszego rozdziału (jakieś pół godziny gry). Jeśli nie identyfikujecie się z żadną z tych grup, to mimo wszystko polecam spróbować. Każdy w końcu zasługuje na to, żeby zobaczyć pełną cierpień śmierć znienawidzonego bohatera. Gra jest dostępna na Playstation Network za wspomnianą kwotę niecałych piętnastu jewro.

Tym akcentem żegnam się z Wami i z rokiem 2011. Nie mam zwyczaju robienia noworocznych postanowień, ale mogę obiecać, że kiedy już pokonam sesyjnego potwora, pojawi się więcej tekstów o grach na inne sprzęty niż PSP/DS. Mikołaj był tak dobry, że nareszcie przyniósł mi stacjonarną konsolę obecnej generacji, więc nie mogę się doczekać żeby napisać o tym, jakie to FFXIII-2 jest dziadowskie. Żartuję oczywiście. Moim priorytetem pozostają jRPGi w stylu Johna Woo oraz takie z niekończącym się gadaniem o przyjaźni. Do siego roku!


[1] Prawdziwą ceną poprawności politycznej jest poprawność gramatyczna.

Advertisements

Komentarze

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s