Xenoblade (Chronicles) – część 1 – recenzja

Xenoblade ChroniclesJeśli zaglądaliście na co popularniejsze growe portale w ciągu ostatnich paru miesięcy, z pewnością zwróciliście uwagę na tytuł, o którym dziś napiszę. W dużym skrócie: jakiś czas po tym, jak ogłoszono europejską premierę Xenoblade, co bardziej krewcy Amerykanie zorganizowali hissy fit ruch, który nazwali Operation Rainfall. Operacja miała za zadanie namówić Nintendo of America na lokalizację tego i dwóch innych tytułów[1]. NoA do dnia dzisiejszego nie chwali się planami w tej kwestii. Ruch tymczasem nadal istnieje i ma się nie najgorzej[2]. My jednak porozmawiajmy o samym przedmiocie sporu. Czy Xenoblade (Chronicles) to tytuł, o który warto jojczyć?

Dostałam słowotoku, więc proszę to sobie puścić w ramach znieczulenia.

Sama podchodziłam do gry z dużą rezerwą, mimo że wyczytałam o niej (prawie) wszystko, co było do wyczytania i naoglądałam się wszelkich dostępnych materiałów. Zdanie wyrobiłam sobie ostatecznie w chwili, kiedy już grając wlazłam na jakąś górę i zobaczyłam z niej miasto, w którym spędziłam sześć godzin. Wszystko w ramach tego samego ekranu. Stęskniłam się, więc stwierdziłam, że wrócę. I zamiast tłuc się tą samą, długą drogą, gra dała mi możliwość skoczenia do wody i zaoszczędzenia 20 minut biegania. To jedna z wielu małych rzeczy, które bardzo cieszą. Ale od początku.

Grę zaczynamy, rzecz jasna, w jednym z siedlisk ludzkich (i nie tylko), gdzie mieszka nasz główny bohater – Shulk. Znacznie łatwiej jest mi się utożsamić z Shulkiem niż z wieloma innymi bohaterami jRPGów z kilku powodów: 1) jest pełnoletni, 2) rzadko wychodzi z czterech ścian, 3) zajmuje się badaniem magicznego miecza (co wyjątkowo nie jest eufemizmem). Chłopaczek jest spokojnym jajogłowym, który spędza większość czasu nad wspomnianymi badaniami. Za archetyp lekkomyślnego herosa robi nam najlepszy przyjaciel Shulka – Reyn, którego też da się polubić.

O fabule będzie malutko, bo i nie zaszłam zbyt daleko. W moich dwunastu godzinach widziałam scenki, które zazwyczaj zawierają się w pierwszych trzech godzinach innych tytułów. Ale to wina mojego sposobu grania. Na chwilę obecną jestem zaskoczona tym, że interesują mnie losy tych postaci. Ze stylu, w jaki Xenoblade było promowane wynikało, że na fabułę nie powinno zwracać się większej uwagi, ale póki co interesują mnie dalsze losy Shulka i jego ekipy.

Nic nie powiedziałam o dubbingu! Jest bardzo dobry, chociaż są osoby, które ‚potrzebują czasu by przyzwyczaić się do akcentów’. Nie lubię takich ludzi.

Wspomniałam o tym, że przez własny sposób grania nie widziałam dużo fabuły. Otóż Xenoblade to zestaw kilkunastu gigantycznych piaskownic, w których można bawić się godzinami. Ja ze swoją chorobą robienia wszystkiego, co jest do zrobienia, zamiast zapoznawać się z kolejnymi elementami systemu walki czy fabułą, pognałam do pierwszego lepszego NPCa żeby odebrać pierwszego sidequesta. Potem znalazłam następnego… i kolejnego. Wracając wpadłam na trzech innych. Po zachodzie słońca znalazł się jeszcze tuzin. W miastach znajdują się przeciętni mieszkańcy i szczęśliwcy z własnymi imionami (i ewentualnymi nazwiskami). Z tymi drugimi się zaprzyjaźniać i pomagać w najróżniejszych sytuacjach. Wszystko to składa się na związek z daną miejscowością. Im więcej wypełnionych zadań, tym więcej mieszkańców będzie się zwracać do nas z własnymi problemami.

Normalnie nie przepadam za sidequestami, ale w tej grze wypełnia się je w tak wygodny sposób, że aż miło jest je robić. Zabicie pięciu stworków? Nie ma sprawy, błyskawicznie się tam teleportujemy, a gra nagradza nas tuż po wypełnieniu misji, bez potrzeby powrotu do danego NPCa[3]. W grze istnieje podział na pory dnia (a nawet godziny), a różni NPCe i niektóre stworzenia występują tylko w określonym czasie. To też nie jest problemem, bo można zmieniać czas dla własnej wygody. Po co jednak to wszystko? Oprócz wspomnianej sympatii całego miasta, wpływania na losy nazwanych NPCów, dostaje się przedmioty, elementy zbroi i doświadczenie. Właściwie to dostaje się podejrzanie dużo tego ostatniego. Po niecałych trzynastu godzinach gry, w których walczyłam w sumie z jakimiś trzydziestoma stworami jestem na levelu 18tym i nie mam problemu z misjami fabularnymi.

System walki, którego na pewno nie odkryłam jeszcze w całości najłatwiej jest porównać do tego z FFXII. Postaci atakują automatycznie, zadaniem gracza jest ustawienie się w konkretnym miejscu i dobieranie co ważniejszych ataków specjalnych. Każda z postaci ma swoje silne strony i nie każda nadaje się do wszystkiego, co było wielką bolączką wspomnianego Fajnala. Po tak silnej automatyzacji można by się spodziewać, że gra będzie zbyt łatwa, ale nie jest. Powiedziałabym, że jest bardzo dobrze wyważona. Pojedynki nie trwają zbyt długo i sprawiają frajdę. Walczy się z najróżniejszymi stworzeniami: są małe króliczki i gigantyczne ptaszyska. Najlepiej się bawię zwiewając przed przeciwnikami, którzy są przynajmniej dwadzieścia poziomów doświadczenia wyżej ode mnie. Nawet jeżeli utłuką biednego sterowanego bohatera, to jedyną karą jest powrót do najbliższego punktu orientacyjnego, który się wcześniej odkryło. Nie ma tu więc syndromu chociażby takiej Persony 4, gdzie godzina gry mogła pójść w p—zapomnienie, kiedy główny bohater dostał Hamą czy Mudo[4].

Oprócz biegania za/przed stworzeniami i zawracania głowy NPCom gra oferuje masę rzeczy do zrobienia. Można usprawniać swoje zbroje[5], kolekcjonować przedmioty, wymieniać się nimi z mieszkańcami, poprawiać relacje z własną ekipą, czy kolekcjonować achievementy. Wszystko to zaś zamiast być irytującym dodatkiem, na czym często łapię się w innych grach, sprawia masę radochy. Jak dotąd nie zauważyłam też żadnego łowienia ryb, co też niezmiernie mnie cieszy.

Do ładnych widoczków można się przyzwyczaić, ale ogrom świata Xenoblade prawdopodobnie będzie robił na mnie wrażenie jeszcze przez długi czas.

Na koniec dzisiejszych wypocin wspomnę o estetycznych walorach Xenoblade. Gra jest ładna… jak na możliwości Wii. Krajobrazy są oszałamiające, niebo przepiękne, a miasta poupychane przeróżnymi stoiskami i pierdołami. Co prawda postacie są często gęsto uproszczone, ale po pewnym czasie zupełnie przestaje się na to zwracać uwagę, przysięgam. Same projekty postaci wymagają przyzwyczajenia – początkowo nie mogłam patrzeć na ich twarze, ale teraz zupełnie mi nie przeszkadzają. Poza tym grze, która pozwala rozebrać co fajniejszych bohaterów, wybacza się drobne rzeczy.

Zapewne słyszeliście same najlepsze rzeczy o muzyce, która pojawia się w Xenoblade. I faktycznie, jest czego posłuchać. Pragnę tylko podkreślić, że najwięcej napracowali się (ze wspaniałym rezultatem) Manami Kiyota i muzycy z ACE+, czyli Tomori Kudo, Hiroyo ‘CHiCO’ Yamanaka i Kenji Hiramatsu. Yoko Shimomura skomponowała dla Xenoblade jedenaście utworów, a Yasunori Mitsuda jeden.

Na dzień dzisiejszy jestem pod wrażeniem Xenoblade Chronicles. Reklamowanie gry tym, że jest w niej masa rzeczy do zrobienia wydawała mi się pustosłowiem dopóki sama nie doświadczyłam tego, że nie robi się ich z wewnętrznego musu, ale z ciekawości. Cholera wie, może za te sto godzin będę już haftować przygodami Shulka i jego świata, ale na dzień dzisiejszy widzę potencjalnego kandydata na największą ilość czasu nabitego w liczniku gry.


[1] The Last Story i Pandora’s Tower. Zależnie od źródła albo 50%, albo 100% z nich trafi do Europy w 2012 roku.

[2] Jak na taką organizację się znaczy. Mój wewnętrzny socjolog jest pod wrażeniem dotychczasowych dokonań tej grupy.

[3] Są wyjątki, ale to też kwestia paru chwil.

[4] Instant KO się znaczy.

[5] Czy wspominałam, że uzbrojenie wpływa na wygląd bohatera? Wpływa. Gdy w dramatycznych scenach herosi poubierani są w przedziwne gogle czy legginsy robi się ciut dziwnie.

Reklamy

3 uwagi do wpisu “Xenoblade (Chronicles) – część 1 – recenzja

  1. @Rainfall: z jednej strony fajnie, że teraz te buraki z USA zobaczą jak to miło musieć wszystko sprowadzać i obchodzić zabezpieczenia regionalne, ale z drugiej strony wolałabym znanych i lubianych amerykańskich aktorów głosowych w rodzaju o’Briena i Bakera niż randomowych Brytoli. Chociaż dzięki temu nie mam najmniejszej wątpliwości żeby grać po japońsku, zwłaszcza, że Norio Wakamoto. Jak miło, że zawarto wybór głosów!

    Po niecałych trzynastu godzinach gry, w których walczyłam w sumie z jakimiś trzydziestoma stworami jestem na levelu 18tym i nie mam problemu z misjami fabularnymi.
    Lubię grindowanie. Serio, nigdy nie było dla mnie problemem wyjście z miasta i dodatkowe bieganie po trawie w Pokemonach czy wyłażenie i włażenie do kanałów w Eternal Sonacie. A z tego co widzę, w tej grze to stało się przyjemne nawet dla osób, które nienawidzą tego elementu rozgrywki. Jestem zachwycona.

    Jak dotąd nie zauważyłam też żadnego łowienia ryb, co też niezmiernie mnie cieszy.
    Ojej, a mnie smuci, uwielbiałam sobie czasem włączyć Okami tylko po to, żeby pójść łowić ryby :(

    Gdy w dramatycznych scenach herosi poubierani są w przedziwne gogle czy legginsy robi się ciut dziwnie.
    Najlepsze, że te ciuchy są dopasowane i nie trzeba wybierać czy postać ma dobrze wyglądać ale mieć słabą zbroję czy wyglądać jak klaun z dobrymi statystykami. Przypomniała mi się reakcja znajomego na widok Tekkenowej Lily zeszpeconej przez mojego chłopaka koszmarnymi ciuszkami o dobrych statsach.

    Co prawda postacie są często gęsto uproszczone, ale po pewnym czasie zupełnie przestaje się na to zwracać uwagę, przysięgam.
    A na monitorze HD boli pikseloza. Wprawdzie po przybliżeniu na widok a la Resident Evil znika, ale wtedy z kolei nic nie widać z ogromnego świata :/

    na dzień dzisiejszy widzę potencjalnego kandydata na największą ilość czasu nabitego w liczniku gry.
    Jako osoba która gra co najmniej trzy razy dłużej niż normalni ludzie (po części bo lubię, po części bo jestem noob), boję się troszkę.

    A u mnie prawdziwy podskok z radości wywołała jeszcze inna informacja o Xenoblade: brak savepointów. Czysta radość!

    1. O nie, nie. W następnym wpisie muszę popiszczeć na temat angielskich aktorów, bo to nie godzi się ich nazywać brzydko ‚randomowymi Brytolami’. Bardzo mnie cieszy odmiana od znanych (nam) nazwisk i nie mogę się doczekać The Last Story z seksownymi akcentami. ♥

      Ja mam chorobę grindowania. Nigdy nie czuję się pewnie dopóki nie jestem z pięć-dziesięć leveli wyżej niż przeciwnicy w danym obszarze, dlatego ograniczanie exp to w moim przypadku ratunek od kompletnego szaleństwa. A że dodatkowo można zarobić doświadczenie poprzez bieganie/robienie questów? Tym lepiej.

      Nie wiem czy są tak znowu dopasowane. W krytycznej scenie jedna z bohaterek nosiła różowe ubranko i okulary zupełnie od czapy. o.0

      Mi tam było trochę smutno, że zabrakło save pointów, bo je lubię, ale to kolejna z tych małych rzeczy, która robi z Xenoblade bardzo przyjazną grę.

  2. Tak patrzę, czytam, słucham i cholera, wierzę, że to faktycznie takie fajne. Ale na Odyna! Te modele postaci to jakiś koszmar. Gdzie temu do poziomu Xenosagi 3? Heh… Niemniej cieszę się, że inni mają frajdę.

Komentarze

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s