Seria Trauma Center – recenzja

seria trauma centerBędąc w mocno nieletnim wieku zawsze czekałam aż przerwą nudne programy oglądane przez dorosłych i puszczą przerywniki. Szczególną frajdę sprawiało mi oglądanie reklamy gry planszowej zwanej Operacją. Dzieciaki wyjmowały plastikowemu człowiekowi co ważniejsze fragmenty ciała, a zabawa polegała na tym, żeby zrobić to w taki sposób, by nie zaświecił mu nos. Dlatego kiedy usłyszałam, że istnieje konsolowy odpowiednik tej zabawy w stylistyce anime, uznałam, że muszę to mieć.

Seria Trauma Center na dzień dzisiejszy składa się z pięciu gier, dwie z nich przeznaczone są na Nintendo DS, pozostałe na Wii. Pierwszy tytuł, Trauma Center: Under the Knife ukazał się światu w 2005 roku na przenośną konsolkę Nintendo. Generalnie wyróżniam dwa rodzaje ‘pierwszych gier w serii’: ‘wspaniały start’, albo ‘niezręczne początki’. Pewnie sporo osób się ze mną nie zgodzi, ale pierwszą Traumę Center zaliczam do tej drugiej kategorii. Abstrahując od dyskusyjnych projektów postaci, chwilami zastanawiałam się czy moja konsolka źle funkcjonuje, bo mimo próśb i gróźb nie mogłam sprawić, by niektóre narzędzia chirurgiczne działały. Pod tym względem wątpliwości rozwiał sequel.

Trauma Center: Under the Knife 2 jest czwartą grą w serii i bezpośrednio kontynuuje fabułę pierwszej gry. Można by na tej podstawie wywnioskować, że potrzebna jest wiedza na temat opowieści w pierwszej części, jednak nie szalejmy. Pierwsza gra, w dużym skrócie, to przygody młodego lekarza Dereka Stilesa i tsundere pielęgniarki z wirusem zwanym GUILT. W odległym roku 2018, kiedy to funkcjonuje nasz młody doktor, znane nam nieuleczalne choroby to błahostka. Problemem staje się wirus, który może przybierać formę latających owadów, śmiercionośnych trójkątów, pająka lub wielu, wielu innych. W pierwszej części (spoiler!) dzielny doktor Stiles pokonuje niebezpiecznego wirusa, jakież więc kryzysy mogą go czekać w drugiej części? Nie chcę nikogo rozczarowywać, ale… dokładnie ten sam wirus. Opowieść została bez większych ceregieli skopiowana, dylematy moralne przeniesiono tylko w inne momenty gry. Trauma Center to naprawdę nie jest jakaś wyjątkowa kobyła fabularna.

W 2006 roku pojawiła się przeróbka pierwszej gry na Nintendo Wii. Przerobiono tam projekty postaci, dodano nową grywalną bohaterkę (i scenariusz, ale nie bijmy leżącego), a całość gry doszlifowano i dostosowano do możliwości Wiilota. Obsługa gry jest wybitnie prosta. Wybiera się narzędzie (czy to nunchukiem, czy stylusem) i odpowiednio przyciskając, przeciągając etc. leczy się dany problem. Trudność polega na tym, by zrobić daną rzecz odpowiednio szybko i spełniając wymogi konsoli co do precyzji. Całe szczęście pod tym względem gra jest miłosierna: pacjenta można na przykład zszyć na planie gwiazdy, a ona pochwali nas oceną ‘cool’.

Ta sama tsundere (uwaga! link do TV Tropes) pielęgniarka w Under the Knife (po lewej) i Under the Knife 2 (po prawej).

A propos gwiazdy. Żeby nie było zbyt normalnie do eliminacji magicznych wirusów z kosmosu niezbędna jest umiejętność zwana Healing Touch. Aktywuje się ją poprzez narysowanie gwiazdy Dawida, dzięki czemu czas zwalnia i pozwala na skuteczniejsze leczenie pacjenta.

Jako że leczenie wirusów z kosmosu to jedna z tych rzeczy, którą lubią robić zarówno casuale i hardcorowi gracze, Trauma Center sprzedała się całkiem przyzwoicie i wkrótce pojawiła się jej kolejna część. Trauma Center New Blood została wydana w 2007 roku i to właśnie ona miała szczęście trafić w moje ręce[1]. Zamiast Dereka Stilesa i jego drużyny bohaterami zostają Markus Vaughn oraz Valerie Blaylock i to oni stawiają czoła nowemu niebezpiecznemu wirusowi, tym razem zwanego Stigmą. Ze smutkiem stwierdzam, że o ile ekipa pierwszej gry była chwilami niepoważna, to przynajmniej zapewniała pewną dozę rozrywki. Ekipa New Blood została sportretowana w bardziej realistyczny sposób, przez co jest niemiłosiernie nudna. Szczęśliwie nadal mamy do czynienia z leczeniem wirusów z kosmosu, tak więc obowiązkowa dawka niedorzeczności zostaje zachowana.

Największą zmianą w stosunku do poprzednich gier w New Blood jest tryb kooperacji (dlatego mamy dwójkę głównych bohaterów). Jako że pisząca ma ograniczone znajomości, nie będzie miała w najbliższym czasie okazji przetestować tej możliwości. Póki co musi jej starczyć robienie za rozrywkę osób plączących się w okolicach jej telewizora poprzez niemiłosiernie trzęsące się ręce. O ile na Nintendo DS da się opanować coś, co pieszczotliwie nazywam permanentną delirką, to Wiilot nawet na najniższych ustawieniach wytyka wszelkie niedomagania.

W 2010 roku wydana została kolejna gra z serii oryginalnie zatytułowana Hospital.: 6 Doctors, na rynek amerykański przeniesiona po prostu jako Trauma Team. Oprócz nieco uproszczonego trybu operacji mamy do dyspozycji pięć innych specjalności. Można porobić za chirurga, ortopedę, pierwszą pomoc, House’a i specjalistę od medycyny sądowej. Znowu mamy do czynienia z magicznym wirusem, bohaterowie są w odpowiednim stopniu niedorzeczni, a fabuła… ma pewien sens! Oczywiście żeby nie było zbyt różowo, Europa nigdy nie doczekała się premiery gry. Możecie się domyślić co zrobię kiedy skończy mi się gwarancja na Wii. Nikt nie będzie mi odbierał radości wcielania się w Elvisa – pełnoetatowego ortopedę, który w wolnych chwilach walczy ze złem i występkiem w stroju superbohatera.

Trauma Center to bardzo prosty i sprawnie zrealizowany pomysł, który posypany przyprawą japońskiej dziwności sprawia masę frajdy. Nawet osoby, które normalnie omijają gry zręcznościowe mogą się naprawdę dobrze bawić.

PS. Muzyka w Traumie Center jest dobra, chwilami bardzo dobra. Jak już zdarzyło mi się pisać, Trauma Team ma póki co najbogatszy soundtrack, ale moim faworytem jest muzyka z Under the Knife 2. Polecam nie tylko zabójcom magicznych wirusów z kosmosu.


[1]Prawie nienaruszony egzemplarz za trzy dychy patrzył na mnie wzrokiem zbitego psa z Allegro.

Reklamy

7 uwag do wpisu “Seria Trauma Center – recenzja

  1. Woo~, mogę komentować spamując adresem swojego blogaska, nie Twittera, milusio!
    Bardzo miło, że ostrzegasz z tym linkiem do TVTropes, w końcu komuś ta strona może zniszczyć życie ;)
    Healing Touch to nie jest przypadkiem zwykły pentagram? Gee, jak ja dawno nie widziałam tej gry i w ogóle nic na Wii… A szkoda, te wirusy z kosmosu były przezabawne, ani przez chwilę nie odczułam nudy, no ale też za dużo w to nie grałam.
    I, fakt, trzęsące się łapy to stanowczo niefajna rzecz, gdy porównuję Okami na Wii i Okamidena na NDSa to w tym drugim gameplay wymusił na mnie pentagram dwa razy, a w tym pierwszym nawet opcjonalnego, z wieloma podejściami, nie dawałam rady zrobić. Może ma to związek z możliwością podparcia nadgarstka przy rysowaniu…
    Ochoty na Traumę nie nabrałam, ale na jakąś grę na Wii bardzo, ghhh, akurat gdy wyjeżdżam do Miejsca Bez Konsoli, ale to dobrze bo może za dwa tygodnie chęć mi minie i wrócę do PS3 ;)

    1. Tak jest, postanowiłam zaszaleć z ustawieniami. Zobaczymy czy z czasem będę żałować. ^^;

      Tak, Healing Touch to zwykły pentagram, ale nie przypominam sobie żeby w ciągu którejkolwiek z gier padło to określenie. Zostańmy więc przy wersji, że to tajemny gest, który znają tylko najbardziej uzdolnieni chirurdzy.

      Gra na Wii? Bezwstydnie zareklamuję Xenoblade, premiera za niecałe dwa tygodnie. Podobno bardzo dobra rzecz, na pewno coś na ten temat skrobnę kiedy już wpadnie w moje ręce. I zazdrość mnie zżera nad PS3. Gdybym miała to nie odchodziłabym od Valkyria Chronicles.

  2. No ja też na Xenoblade właśnie czekam, aczkolwiek lubię zabierać się za rzeczy we własnym tempie, co oznacza że np. Cross Edge czeka na mnie od roku.
    A Valkyria rozczarowuje systemem gry, bo stawia głównie na szybkość a nie taktykę, co w zabawie w wojnę jest bardzo niedobrym rozwiązaniem.

    1. Haha, znam ten ból. Trails in the Sky ludzie już pokończyli trzykrotnie, a ja nadal nie przeszłam 1/3 gry.

      Bardzo podoba mi się Valkyria Chronicles 2, dla mnie to taka idealna hybryda taktyki i unikania wielokrotnych headshotów. A pierwsza część po prostu pięknie wygląda. No i ta Selvaria. ♥ A jak Catherine? Masz, planujesz?

  3. A, no fakt, Selvaria jest fajna. W ogóle postaci i fabuła są niezłe (mimo że nie przepadam za tego typu rzeczami, to mnie też urzekło – okej, skrzydlaty Hans miał w tym duży udział), dlatego szkoda, że anime położyło większy nacisk na niemrawe romansidło między Alicią i Welkinem, bo wolałabym już je obejrzeć.
    Catherine gameplayu również się boję, jestem beznadziejna w puzzlach, a mój chłopak ich nie lubi więc nawet nie wiem, czy załapię się na obserwowanie zza jego pleców, a jeśli nawet to czy w ogóle ukończy…

    1. Obejrzałam parę odcinków anime. Zrobili z mojego ulubionego (bo dubbingowanego przez Steve’a Bluma) Zaki prawie że gwałciciela, a już na pewno creepa. Odpuściłam sobie.

      Oj tam, warto próbować, a nuż będzie się dobrze grało. Sama podchodziłam do gry jak do jeża, ale w dobrych rękach wygląda naprawdę fajnie.

Komentarze

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s