Powspominajmy: Seria Shadow Hearts

Stoją sobie bezczelnie. Nie ma chwili, żeby na mnie nie patrzyły swoim oceniającym wzrokiem. Kiedy tylko pojawiam się na horyzoncie, jestem bombardowana dziesiątkami spojrzeń pełnych wyrzutów. „Dlaczego nas jeszcze nie przeszłaś?” „Persona 4 zasłużyła na 150 godzin grania, a ja nie?” Cholerne zaległości.

Mam jednak na półce trojaczki, które nigdy nie wołają o uwagę. Wiedzą, że zawsze, kiedy przechodzę przez pokoik (a robię to często, bo skubany ma 8 m2), to ja robię sobie wyrzuty. Z nimi, jak z większością gier, które posiadam, też wiąże się nieco anegdot.

Na Shadow Hearts wpadłam, jak to zwykle bywa, przez przypadek. Po prostu przeglądałam gry, w które mogłabym zagrać na moim niedawno kupionym Playstation Tsu. Patrzę, a tu ludzie obok FFX wymieniają Shadow Hearts: Covenant. Okładka niewiele mi mówi, googlanie bez użycia cudzysłowu przenosi mnie w świat Nomury i Disneya, a kiedy w końcu odnajduję to, co mnie interesuje… nie jestem pod dużym wrażeniem. Próbuję sobie przypomnieć co ostatecznie przekonało mnie do zagrania w Covenant, ale niestety mi nie idzie. Zakładam, że grę spiraciłam. Zakochałam się w niej mniej więcej w momencie, w którym dwójka głównych bohaterów rozmawia z magicznym pierścieniem. Oni też myśleli, że to durna sytuacja. Shadow Hearts: Covenant ma mnóstwo prześmiewczych dialogów, czyli coś, co kocham najbardziej.

Wkrótce potem zakończyłam moją przygodę z Covenant, bo stwierdziłam, że granie w tak fajną grę bez poznania pierwszej części (oui, to sequel!) to zbrodnia. Mniej więcej na tym etapie życia przestałam piracić gry, więc zdobycie obu tytułów zajęło mi trochę. Do tego czasu jednak zdołałam kupić sobie za symboliczne grosze trzecią część serii, zwaną Shadow Hearts: From The New World. Nawet pograłam ze dwie godziny!

Zapamiętałam głównie tego pana, bowiem do ochroniarza Ala Capone nie dotarłam.

Jako że Shadow Hearts jest RPGiem, napieprza się stworzenia, które wchodzą nam w drogę. Ciekawe jest jednak to, jak się je napieprza. Wybiera się odpowiednie komendy z menu, ale do ich wykonania potrzebny jest nam niejaki Judgement Ring. Jest to koło, które ma kilka zamalowanych pól, w które w odpowiednim momencie należy trafić kursorem. Fajna i prosta zabawa nawet dla ludzi z problemami manualnymi. Dostajemy mnóstwo opcji dostosowywania pierścienia do naszych potrzeb, ale także możemy się spotkać z negatywnymi statusami, które mogą sprawić, że np. przestaniemy widzieć kolorowe pola.

O ile w pierwszej grze nasi bohaterowie stoją w grzecznym rządku, to w dalszych grach zaczynają szaleć po poletku bitwy. Otrzymujemy możliwość tworzenia morderczych combosów, lania naszego przeciwnika w locie i paru innych zwariowanych rzeczy. Shadow Hearts: Covenant zrobiło z systemu walki pierwszej gry małe cudeńko. A trzecia gra jeszcze je ulepszyła.

Ale akurat z takimi fajnymi stworzeniami walczy się w każdej z gier.

Mimo to ostatnia gra z serii jest w większości przypadków nielubiana. Jedną z pierwszych rzeczy, jakich się dowiecie przy googlaniu Shadow Hearts to to, że główny bohater pierwszych dwóch gier, Yuri, jest przezajebisty[1]. Cóż, jeśli lubicie kogoś, kto:

  • ma więcej niż szesnaście lat,
  • względnie normalnie się ubiera
  • przywali w mordę kiedy trzeba
  • zmienia się w różnego rodzaju demony na porządku dziennym,

to bardzo możliwe, że dołączycie do zwolenników Yuriego. Trzecia gra ma innego głównego bohatera, Johnny’ego. Jako że w jego przygody grałam znacznie krócej, mogę wypowiedzieć się o nim w mniej rozbudowany sposób. Ważne jest to, że Johnny wygląda na szesnaście lat. To sprawia, że w porównaniu do swojego poprzednika jest przez fandom znienawidzony[2]. Trzecia gra ma najlepszą grafikę i system walki, ale to nie ma znaczenia przy argumencie w postaci niezajebistego głównego bohatera.

Gry z serii Shadow Hearts mają fabułę! Pierwsza jest stylizowana na horror, mamy do czynienia z ratowaniem Angielki o wyjątkowych zdolnościach. Druga gra idzie bardziej w kierunku czarnej komedii, tutaj próbujemy odzyskać utracone przez Yuriego zdolności. Trzecia gra natomiast nadal ma odcienie czerni, ale jest najbardziej „lekką” grą ze wszystkich tytułów. Pierwsze toczą się w Europie i Azji na początku XX. wieku, a trzecia w Stanach Zjednoczonych pod koniec lat 20tych XX. wieku. Po drodze można spotkać parę historycznych postaci, jednak nie spodziewajcie się dokładnej kroniki dziejów. W końcu to japońska gra.

Co nie zmienia faktu, że fajnie jest się poszwędać po Szanghaju.

Na sam koniec zostawiłam wrażenia estetyczne. Nie ma co kłamać, pierwsza jest dość brzydka. Mimo to posiada dyskusyjnie najlepszą muzykę w serii, nie ma więc co narzekać. Druga gra pod względem wizualnym jest znacznie lepsza, mamy też odrobinę lepiej brzmiący voice acting (szkoda gadać o dubbingu w pierwszej grze), muzyka daje radę. Trzecia gra z kolei niewiele poprawia graficznie po dwójce, ale ma ciekawą ścieżkę dźwiękową. Voice acting średni na jeża. Jeśli chcecie posłuchać naprawdę dobrej gry aktorskiej to zapraszam do zagrania w Koudelkę, która robi za (spoiler… poniekąd) prequel do pierwszego Shadow Hearts.

Shadow Hearts to bardzo specyficzna seria, która nie każdemu musi przypaść do gustu. Lubię ją nazywać pomostem między mainstreamowym Final Fantasy, a w hardcore’owym Shin Megami Tensei. Ani nie jest to tak radosne i Nomurowate[3], jak pierwsza seria, ani tak mocno związane ze szwędaniem się po dungeonach i ciężkimi filozoficznymi problemami, jak druga. Oferuje chwilami naprawdę zabawne dialogi, dużą dawkę złośliwości i sporo frajdy z kierowania bandą wyrzutków, którzy pojawią się w danej grze. Obecnie najłatwiej jest znaleźć trzecią grę (która jest naprawdę solidna), jedynka i dwójka wymagają nieco poszukiwań, ale co jakiś czas pojawiają się na serwisach aukcyjnych.

PS. Wybaczcie koszmarną gramatykę. Kończenie pracy dyplomowej pochłonęło resztki moich umiejętności językowych.


[1] Naukowe określenie.

[2] Za duże to słowo, bo i SH ma zbyt mały fandom żeby te uczucia były silniejsze niż letnie. Ważne jest to, że Johnny jest nielubiany za to, że nie jest Yurim.

[3] Nomura to mój wyznacznik absurdalnych designów i przydługich scenek.  Zdaję sobie sprawę, że on ich nie pisze, to luźne skojarzenie.

Advertisements

4 uwagi do wpisu “Powspominajmy: Seria Shadow Hearts

  1. Jakoś nie mogę się przekonać do Shadow Hearts. Doceniam Convenant (jedyna część, jaką widziałem na oczy), ale jakoś nie potrafię tej gry polubić. Wolę jednak przygody Raidou Kuzunohy (w sumie nieco podobne w pewnych elementach).

    1. Prawda, to trzeba lubić. Gigantyczny kot będący mistrzem pijanej pięści to coś, co lubię, ale rozumiem, że dla normalnych ludzi to przesada.

      Jakoś nie mam szczęścia do Kuzunohy, ciągle nie mam pieniędzy kiedy tylko pojawia się w PALu. Kiedyś sobie po prostu sprowadzę obie części.

  2. Najlepiej je sprowadzić (save’y z jedynki przechodzą do dwójki, ale oczywiście tylko w wersji NTSC).

    A co do SH, to mnie właśnie ten humor dobija (i odpycha). Jak patrzyłem na screeny to myślałem, że to jest horror, jak Nocturne (w którym też wiadomo jest nieco żartów, ale bez przesady), a okazało się, że to jest coś zupełnie innego niż się spodziewałem.

    1. Pierwsza gra jest trochę bardziej horrorowata, ale nie namawiam Cię do niej. Dwójka w porównaniu to prawdziwa czarna komedia. Najbardziej horrorowata jest Koudelka, ale (podobno) ma bardzo zły gameplay.

      Swoją drogą nigdy nie nazwałabym Nocturne horrorem. Ale jak tak dłużej pomyśleć, to faktycznie…

Komentarze

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s